Odyseja1918.pl
10 września 2022

Blog

 

Odyseja 1918. Z Atlantydy do Polski[1]

 

*

Rok 1918 był czasem przełomu. Ówczesne imperia doznawały poważnych wstrząsów. Upadały wielkie europejskie dynastie Habsburgów, Hohenzollernów, Romanowów. Wiele narodów uzyskiwało niepodległość. Tłem dla opowiadania o Antonim są drzemiące wówczas Chiny, przeżywająca swój kryzys Rosja, odradzająca się Polska. II Rzeczpospolita. Restituta. Niepodległa. Wydarzenia roku 1918 bywają jakby nieco zapomniane. Zostały przykryte wydarzeniami II wojny światowej.

*

O Antonim nadal w sumie wiem niewiele. Pewnie mniej niż współcześni paleontolodzy wiedzą o dinozaurach. Pomiędzy datą narodzin Antoniego a datą moich narodzin upłynęło tylko 110 lat. To mało ale też bardzo dużo. Przekaz ustny z dwóch pokoleń wstecz, zatarty przez różne inne wydarzenia, może przypominać efekt zabawy w głuchy telefon.

Pierwszym z przypadkowo odkrytych przeze mnie dokumentów, rzucającym pewne światło na losy Antoniego, była carska Pasportnaja Kniżka. W ciemnogranatowej, płóciennej okładce i z dwugłowym rosyjskim orłem. Antoni – jako mieszkaniec Kongresówki – był formalnym poddanym Romanowów. Rok jego urodzenia zapisany został jako 31 grudnia 1884/12 stycznia 1885.

Drugi dokument, to książeczka wojskowa Antoniego wydana przez władze wojskowe II Rzeczypospolitej. Data jej wydania to 28 marca 1920 roku. Antoni służył w rosyjskiej armii w latach 1906 – 1910 i ponownie w latach 1914 – 1918. Niestety nie każdy z nas mógł mieć „dziadka w Wehrmachcie”. Russkaja imperatorskaja armija należała tamtego czasu do największych sił zbrojnych w Europie. Choć była tak potężna, utopiła się we własnej krwi, dowodzona przez nieudolnych dowódców.

Trzeci z odnalezionych dokumentów jest dość niezwykły. Nosi on datę 17 stycznia 1918 roku. Sporządzono go w Mandżurii w mieście Harbin. Zatytułowany został jako „Zaświadczenie”. Spoglądając na niego, wiele lat temu, po raz pierwszy, czułem się niemal jak Heinrich Schliemann oglądający wydobytą z ruin antycznych Myken złotą maskę Agamemnona. Dokument, składany w harmonijkę, sporządzony został w języku polskim, rosyjskim, chińskim (co należy traktować za lingwistyczne uproszczenie) i angielskim. Jego polskojęzyczna treść jest następująca (pisownia oryginalna). „Niniejszym Rada Polityczna stwierdza iż Antoni Nowacki jest polakiem i zobowiązał się przed Radą do najściślejszej neutralności względem życia politycznego Rosji, a więc do nieprzyjmowania żadnego udziału w rosyjskich partjach i związkach politycznych”. Krótko i zwięźle.

*

W dacie wydania Antoniemu „zaświadczenia” owa Rada Polityczna dopiero stawiała swoje pierwsze kroki na scenie historii. Należałoby zacząć od tego, że na dzień 9 grudnia 1917 roku, w siedzibie Gospody Polskiej w Harbinie (Mandżuria), został zwołany „wiec” Polaków. W tym dniu była wszakże potężna zawieja śnieżna. W jej efekcie, na zgromadzenie przybyło niewiele ponad dwieście osób (polska diaspora w Harbinie liczyła wówczas 10.000 mieszkańców).. Wobec liczebności tamtejszej Polonii była to bardzo skromna grupa. Wiec został zwołany w związku z napięciami jakie miały miejsce w Harbinie, z uwagi na sytuację wewnętrzną w Rosji i zagrożenie przejęciem Kolei Wschodniochińskiej pod zarząd międzynarodowy. Obawiano się wówczas, że mogłoby to nastąpić z możliwą szkodą dla licznie zatrudnionych tam Polaków.

*

„Zaświadczenie” miało być dla Antoniego czymś na kształt listu żelaznego, glejtu, wampumu dla potrzeb planowanego rajdu z krańców Chin do dalekiej Polski. Taki uniwersalny Ausweis dla Mandżurów, Czerwonych, Białych, Zielonych, Interwenientów, Niemców… W istocie rzeczy był to bardzo lichy wampum. Co chciał ukryć Antoni (w czym mu usilnie pomagała Gospoda Polska)? Po pierwsze, fakt, że Antoni był dezerterem, który samowolnie opuścił swój garnizon wojskowy i, że nie miał żadnego rozkazu podróżnego. Po drugie, okoliczności, dla których znalazł się daleko w głębi Rosji, czyli powołanie przez administrację cara do służby wojskowej. Antoni chciał ukryć swój żołnierski fach wobec wojny domowej. Był to zatem swoisty listek figowy. Inna rzecz, że w tamtych czasach dezercje były w Rosji zjawiskiem masowym. Niemniej trasa wędrówki Antoniego zarówno rozpoczynała się jak i kończyła poza Rosją. W 1918 roku Kongresówka była pod wojskową okupacją niemiecką.

*

Momentem startowym podróży Antoniego był styczeń 1918 roku. Na polecenie Rady Komisarzy Ludowych, inny Polak, Feliks Dzierżyński stał już wtedy na czele Nadzwyczajnej Komisji ds. Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem. Tej instytucji nie można było bagatelizować. Niemniej w początkach 1918 roku miała ona ważniejsze zadania niż tropienie i rozstrzeliwanie polskich dezerterów z armii rosyjskiej. Z pewnością było ich wielu wśród mas ludzkich przetaczających się wówczas po Rosji. Na początku roku 1918 bolszewicka bezpieka była dopiero na rozruchu.

Gdzie jednak Rzym a gdzie Krym? Antoniemu marzył się powrót do domu. Ale Antoni był byłym carskim żołnierzem, a inaczej: polskim dezerterem. Jako Polak był podejrzany i dla Czerwonych i dla Białych i dla Zielonych. Antoni miał do wyboru kilka możliwości, które z pewnością, w mniej lub bardziej szczegółowy sposób, rozważał. Musiał się szybko na coś decydować. Według chińskiego przysłowia „okazja puka do drzwi tylko raz”.

Po pierwsze, Antoni mógł, mimo wszystko, pozostać w Mandżurii i czekać tam na dalszy rozwój wypadków. Ktoś coś nawet wspominał o jakiejś parceli Antoniego w Chinach. Osiedlić się na Atlantydzie? Było tam wówczas sporo Polaków. Wielu z nich na tyle silnie związało się z Dalekim Wschodem, że dopiero tornado historii zdołało ich rozproszyć. Po drugie, Antoni mógł poszukać polskiego oddziału wojskowego na terenie Rosji i się do niego dołączyć. Z czasem powstała specjalna polska „administracja” werbunkowa. Następnie mógł spokojnie oczekiwać na odpowiednie rozkazy oficerów. Jednak, jak wynika to ze statystyk sporządzonych post factum, takie rozwiązanie dawało wówczas Antoniemu marne szanse powrotu do domu. Po trzecie, Antoni mógł udać się kilkaset kilometrów na wschód do portu nad Morzem Żółtym i tam oczekiwać na możliwość rejsu statkiem do Europy. Tym szlakiem poszli m.in. polscy weterani marszu lodowego (z Syberii do Mandżurii), czy żołnierze Korpusu Czechosłowackiego. Była to również planowana droga ewakuacji złota zgromadzonego przez barona von Ungern, czy rezerwy złota Imperium Rosyjskiego (czyli złotego pociągu admirała Kołczaka). Po czwarte, Antoni mógł był się wypuścić na południe w głąb Chin i następnie dotrzeć np. do Szanghaju. To duży port, pewnie też z jakimiś, lepszymi lub gorszymi, okazjami do powrotu do kraju. Nie była to jednak najbardziej bezpieczna opcja. Po piąte, w tamtych czasach, wcale spora grupa Polaków z Dalekiego Wschodu wyemigrowała w nieoczekiwane miejsca, jak np. do Australii. Wymienić możliwość uściśnięcia Marianny na spotkanie z eukaliptusożernym koalą? To niedorzeczne. Po szóste, Antoni mógł wybrać się w drogę na zachód, liczącą kilka tysięcy kilometrów, przez kontynent Eurazji. Z brakiem gwarancji, że żywy dotrze do Kongresówki. Droga w kierunku zachodnim wiodła przez Nizinę Mandżurską, Wielki Chingan, Góry Jabłonowe, Góry Bajkalskie, Nizinę Syberyjską, Ural, Nizinę Wschodnioeuropejską. Co to znaczy „droga”? W tamtych czasach nie było w Rosji ani autostrad, ani sieci dróg z asfaltu. Zimowa droga na zachód, przez Azję, to była tylko „droga żelazna”. Linia kolejowa… Antoni musiał znać historię bezładnego, pieszego zimowego odwrotu z Moskwy Wielkiej Armii Napoleona: „biwaki bardziej są mordercze od bitew; głód i zimno spędzają sen z powiek, a kto zaśnie zmożony zimnem i głodem, ten nie obudzi się więcej” (Phillippe-Paul de Segur, „Byłem adiutantem Napoleona”). Z Mandżurii nie można było wrócić na piechotę. W szczególności zimą.

Niemożliwa była tylko jedna rzecz: podniesienie ręki na Niepodległą. Wstyd przyznać, ale wśród Polaków znaleźli się i tacy jej synowie. Skądinąd o znanych później nazwiskach: Karol Świerczewski (Walter), Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski. Zaprojektowany przez towarzyszy radzieckich Polrewkom miał jeszcze całkiem długą ławkę…

*

„Jak powrócić do kraju?” To tytuł artykułu prasowego zamieszczonego przez polonijnego działacza, Wincentego Nurkiewicza, w numerze ósmym, wydawanych w Harbinie, „Listów Polskich z Dalekiego Wschodu” (z 29 listopada 1917 roku). Autor tekstu przewidywał potrzebę zorganizowania masowego powrotu Polaków z Mandżurii do kraju. Zakładał on rychły koniec walk niemiecko-rosyjskich, jak również dwuletnią przeszkodę dla masowej repatriacji przez kontynent. Dostrzegał bowiem dwie piętrzące się trudności: perturbacje z demobilizacją mas rosyjskiego wojska i fatalny stan tamtejszego taboru kolejowego. Wrzenie rewolucyjne w Rosji określał jako „anarchię”. Co proponował w zamian? Powrót drogą morską. Nurkiewicz wskazywał na potrzeby logistyczne i konieczność zebrania odpowiednich funduszy. Niezbędne było zorganizowanie specjalnych pociągów ewakuacyjnych do portów oceanicznych i przygotowanie zaplecza pobytowego w porcie. Zatem ewakuować chętnych do portów na wschodzie kontynentu i czekać. Autor tekstu nie dotykał najpoważniejszego problemu. Skąd wziąć statki do transportu Polaków do Europy i do jakiego portu docelowego je skierować? Wszak Wielka Wojna w Europie nie była jeszcze rozstrzygnięta. Zatem koncept morskiej podróży, choć logicznie słuszny, był na progu 1918 roku w kompletnych powijakach. Antoni słusznie mógł być rozczarowany tym kierunkiem repatriacji.

*

Historia udanej i brawurowej odysei z ogarniętego rewolucją Dalekiego Wschodu została opisana przez profesora Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego w autobiograficznej książce „Zwierzęta, ludzie, bogowie”. Dzieło najpierw wydano w języku angielskim („Beasts, Men and Gods”) w Nowym Jorku (1921) i w Londynie (1922). Warszawska premiera tego bestselleru miała miejsce dopiero rok później. Publikacje ukazywały się równolegle do linii podróży profesora z Rosji do kraju.

„Zwierzęta, ludzie, bogowie” to beletryzowana autobiografia. Opisuje ona ucieczkę profesora Ossendowskiego z ogarniętego rewolucyjnym bezhołowiem Krasnojarska. Zimę spędzoną przez niego w tajdze. Rozliczne perypetie w Mongolii i znajomość z baronem von Ungern. Podróże przez bezbrzeżną Azję. Książkę przetłumaczono na kilkanaście języków obcych. Trudno w to dziś uwierzyć, ale łączny nakład wszystkich dzieł Ossendowkiego osiągnął podobno zawrotną liczbę 80 milionów egzemplarzy. Jego popularność była ongiś porównywana do popularności wielkich pisarzy światowej sławy - Jacka Londona czy Rudyarda Kiplinga.

Profesor Ossendowski był postacią wieloformatową, przy której nawet hollywoodzki Indiana Jones wypada blado. Ossendowski był naukowcem, a jednocześnie potrafił z bronią w ręku dać odpór atakom bandytów napadających na dalekowschodnią kolej. Był i literatem, i awanturnikiem. Z carskim wyrokiem śmierci przebywał, z najgorszym sortem złoczyńców, w rosyjskim więzieniu („domu umarłych”). Był biznesmenem, etnografem, myśliwym ...

W jaki sposób profesor Ossendowski dotarł do Polski? Niekiedy nawet bardziej widowiskowo niż literacki Fileas Fogg, kiedy przemierzał wokół świat w 80 dni. Ossendowski pokonał pustynię Gobi w samochodzie pożyczonym od barona von Ungern. Dostał się do Pekinu, a następnie na wybrzeże. Tam wsiadł na statek płynący do Japonii. Z Japonii przeskoczył kolejnym statkiem Pacyfik, kierując się do USA. Dalej dostał się na wschodnie wybrzeże kontynentu amerykańskiego i wreszcie przez Atlantyk przybył do Niepodległej.

W PRL Ossendowski został jednak objęty całkowitym zakazem cenzorskim. Jego dzieła wycofywano z bibliotek i systematycznie niszczono. Dlaczego? Otóż przyczyną skazania na zapomnienie tak poczytnego autora, o światowej renomie, była jego demaskatorska książka o Leninie.

Oto reprezentatywny fragment dosyć ostrej tyrady profesora: „Lenin (…) półmongoł, fałszerz pieniędzy i idej, największy drapieżca, bezczelny demagog–dyktator, duchowy wnuk Groźnego, syn Piotra Wielkiego i brat Pugaczewa, oswobodziciel i ciemiężca, Awwakum fanatyzmu, Rasputin krwawych orgij, burzyciel rodziny i społeczeństwa, pół–car, pół–bóg, a w istocie swojej – towarzysz najnędzniejszych, najmroczniejszych, najbardziej zbrodniczych”. Ostro, jak to porównać z równoległą panegiryczną literaturą radziecką.

*

Kolejną postacią, której obserwacje i spostrzeżenia tamtej epoki trudno przecenić jest, urodzony w Cieszynie, profesor filologii angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, Roman Dyboski. Dyboski, jak nietrudno zgadnąć, w związku z wybuchem Wielkiej Wojny, trafił do armii austriackiej. Już w 1914 roku dostał się do rosyjskiej niewoli. Ostatecznie wylądował w obozie jenieckim na Syberii. Jego wspomnienia, zatytułowane „Siedem lat w Rosji i na Syberii”, zostały wydane w 1922 roku nakładem księgarni Gebethnera i Wolffa. Po zakończeniu Wielkiej Wojny profesor nie od razu wyruszył do Niepodległej. Na Syberii trwał korowód sezonowych tworów politycznych. Czerwoni mieli tam problem z błyskawiczną instalacją dyktatury proletariatu. Roman Dyboski w 1920 roku, skądinąd też z Krasnojarska, wyruszył na wschód celem przedostania się do portu oceanicznego, a stamtąd statkiem do Europy. Niemniej wówczas atmosfera w Rosji mocno zgęstniała. Dotarcie do Władywostoku stało się niewykonalne. Aby przeżyć został urzędnikiem państwowym niskiego szczebla. Niemniej w końcu i tak trafił do bolszewickiej tiurmy. Został z niej szczęśliwie zwolniony w 1921 roku dzięki interwencji dyplomatycznej.

Ponieważ profesor filologii angielskiej w bolszewickiej Rosji to był ewidentnie ewidentny wróg ludu, Dyboski posługiwał się fałszywką: „miałem paszport cywilny zmarłego na tyfus żołnierza parku automobilowego naszej polskiej dywizji, montera Stanisława Adamskiego z Warszawy, i obawiałem się, by mnie nie użyto do roboty technicznej, w której okazałbym się takim ignorantem i niezgrabą, jakim tylko skończony filozof by może” („Siedem lat w Rosji i na Syberii”). „Mądremu biada” … W rewolucyjnej Rosji mędrcy musieli udawać głupców. Głupcom wydawało się, że mogą stać się mędrcami.

*

Krótko o jeszcze jednej z postaci wielkiego formatu działającej w tamtych czasach na Dalekim Wschodzie. Powiedzieć o Kazimierzu Grochowskim, że był poszukiwaczem złota, to pozbawić go sporej części życiorysu. Grochowski był odkrywcą – geologiem. Podróżował po bezkresnych przestrzeniach Azji celem odnalezienia i udokumentowania cennych złóż metali. Wśród nich było oczywiście złoto, ale jego zainteresowania badawcze były dużo szersze. Obejmowały rudy żelaza, złoża miedzi, grafit, ołów, srebro, ochrę, węgiel kamienny, ropę naftową... Swoją pasję wielokrotnie przypłaciłby życiem. W czasie wojny domowej w Rosji, został złapany przez Białych ze szczegółowymi mapami terenu. Z miejsca oskarżono go o szpiegostwo. Od niechybnej śmierci szczęśliwie ocaliła go bezpośrednia interwencja samego barona von Ungern. Ponadto naówczas geolodzy kojarzyli się krewkiej, miejscowej ludności z nieuchronną dewastacją ich dotychczasowego stylu życia. W następstwie dokonanych odkryć były budowane kopalnie i hałaśliwe miasteczka. Pojawiały się krzywdzące wywłaszczenia i najazdy tłumów obcych. Dlatego bardzo często odkrywcy byli prewencyjnie uśmiercani przez niechętnych zmianom tubylców. W czasie nielegalnej wyprawy na Czukotkę, w poszukiwaniu bonanzy, Grochowski został zaatakowany przez Czukczów. Wszyscy jego towarzysze zginęli w czasie ucieczki do łodzi. Rannego Grochowskiego, któremu szczęśliwie udało się zbiec, półżywego, podjął z morza japoński szkuner. Historia godna pióra Jacka Londona, którego Grochowski osobiście zapoznał i z którym miał wspólny temat: poszukiwanie złota właśnie.

Już po wybuchu rewolucji bolszewickiej, Grochowski odbył podróż, m.in. Koleją Transsyberyjską do i z Helsinek. Prowadził bowiem badania u źródeł Jeniseju i Urianchaju, na zlecenie Uniwersytetu Helsińskiego, wespół z profesorem Jacobem Sederholmem, odkrywcą jednej z pierwszych rozpoznanych skamieniałości z czasów Prekambru. Pomimo, że podróż była wielomiesięczna, to potwierdza ona moją hipotezę, o możliwym pokonaniu przez Antoniego podobnej trasy w jedną stronę. Grochowski zajmował się także archeologią (poszukiwał śladów Czyngis-Chana), etnografią, działalnością społecznikowską (jako redaktor czasopisma, dyrektor muzeum, dyrektor liceum, kiedy w 1920 roku ponownie zawitał do Harbinu). Grochowski powrócił do Polski w 1934 roku aby trafić na Górny Śląsk. Czarne złoto dość szybko zamienił na propozycję objęcia funkcji dyrektora kopalni złota na Filipinach. Zmarł w Harbinie.

*

Skoro Antoni gotował się na odyseję, to powstaje pytanie, ile było w Antonim z Ulissesa? Niewątpliwie przedarcie się żywym przez ówczesną Rosję, rozkołysaną przez rewolucję i wojnę domową, wymagało nie lada sprytu. Nie można było liczyć jedynie na szczęście. Jaki charakter miał Antoni? Czy przed rozpoczęciem wielkiej podróży Antoni mógł o sobie powiedzieć tak, jak niegdyś literacki Jan Onufry Zagłoba: „na Ulissesa wspomniawszy, fortelów zażyć wypadnie i nieraz koloryzować, co mi nie łatwo, bom przez całe życie prawdę nad wszelkie specjały przedkładał i rad się nią pasłem”?

*

Wszystko wskazuje na to, że nie mam szansy ani na dokładne ani na w pełni wiarygodne odtworzenie historii Antoniego. Nie żyją świadkowie jego wyprawy. Antoni ukończył służbę w armii carskiej – co wynika z adnotacji w książeczce wojskowej – tylko w stopniu kaprala („młodszy podoficer”, najniższy stopień w korpusie podoficerskim, dwie belki na naramienniku). Gdyby był w stopniu esauła, czy choć sztabskapitana, to może byłaby szansa na odszukanie o nim czegoś konkretnego w archiwach. Antoni ukończył tylko szkołę ludową. Nie spisał swoich wspomnień, tak jak profesor Ossendowski. Jeżeli słał listy do domu, to się one nie zachowały. Może były przeznaczone tylko dla Marianny? Cóż, koń jaki jest każdy widzi.

Pozostaje wyłącznie podróż w czasie i w przestrzeni na paliwie materiałów historycznych i literackich. Reporterskie spostrzeżenia zostaną zdobyte jedynie w oparciu o analizę źródeł faktograficznych. Od postaci literackich zostaną zapożyczone przeżycia i emocje. Rekonstrukcja hipotetycznych losów Antoniego będzie zatem historyczno – literackim kolażem... Przypominam sobie obraz Roberta Rauschenberga, jednego z królów pop-artu, zatytułowany „Czarny rynek” (1961). Czego w nim nie ma? Stara rejestracja samochodowa, znak drogowy, śmieci, odpadki, biała farba nałożona niedbałym ruchem pędzla. Do niniejszej kompozycji też zostaną użyte niekiedy przypadkowe wątki.

*

Kiedy kręcono film pod tytułem „The Way Back” (po polsku „Niepokonani” – jak widać filmowego angielskiego trzeba się uczyć całe życie), jego reżyser Peter Weir dopytywał się czy możliwe było, aby jednym z bohaterów fabuły filmu był Afroamerykanin. Film z 2010 roku (w gwiazdorskiej obsadzie, m.in. Collin Farrell, Ed Harris) opowiada historię ucieczki grupki więźniów z radzieckiego Gułagu do Indii. Wśród więźniów łagru był Amerykanin. Rzecz miała się wydarzyć w 1940 roku. Trasa ucieczki wiodła przez Syberię, Mongolię, Pustynię Gobi, Tybet, Himalaje. Ostatecznie film jako wydarzenie marketingowe kieruje się do jakichś grup odbiorców, do widowni. Stąd ekonomicznie uzasadnione było pytanie o „lokowanie postaci” w superprodukcji kinematograficznej. W sprawie Afroamerykanina – uciekiniera z sowieckiego łagru konsultanci historyczni odpowiedzieli podobno, że to było „możliwe, ale mało prawdopodobne”. Scenariusz filmowy powstał na bazie książki wspomnieniowej autorstwa Sławomira Rawicza „Długi marsz”. Niemniej Sławomir Rawicz w rzeczywistości nie dokonał tego wyczynu. Rzekomo miał przywłaszczyć sobie historię innego Polaka, Witolda Glińskiego. Choć i ta druga wersja eskapady do Indii nie jest wiarygodna. Zamieszanie takie, jak z polskim tłumaczeniem angielskich tytułów filmowych….

*

W moim pokoleniu słowo „chiński”, „chińszczyzna” nie tak dawno oznaczało tylko tandetę, lichy masowy wyrób (a także nieakceptowalny sposób podejścia do praw człowieka). Obecnie semantyka słowa „chiński” w świadomości społecznej zasadniczo się przeobraża. Przymiotnik ten określa np. hipersoniczny pocisk rakietowy, zaawansowaną sztuczną inteligencję umożliwiającą władzy kontrolę nad całym społeczeństwem, skumulowane kompetencje produkcyjne, istotny potencjał demograficzny, wysokiej klasy technologię, osiągnięcia w podboju kosmosu.

*

Imperium Brytyjskim przez dłuższą część XIX wieku rządziła królowa Wiktoria. Nie była to wówczas jedyna licząca się w świecie monarchini. W Chinach faktyczną władzę sprawowała cesarzowa Ci Xi. Jej życie przypominało losy złego Kopciuszka. Rządy Ci Xi były katastrofalne dla Państwa Środka. Ułatwiały rabowanie Chin obcym państwom. W wieku 15 lat Ci Xi, jako córka cesarskiego chorążego, dostąpiła zaszczytu stania się piątą konkubiną cesarza Xiang Feng. Piąta konkubina, była najniższą rangą pośród panien tej profesji. Dzięki intrydze została w końcu przedstawiona cesarzowi. Ten (nie pytajcie dlaczego) przebywał wyłącznie z nią przez trzy miodowe miesiące. Ci Xi nie łykała kijanek (ówczesny ludowy środek antykoncepcyjny), zatem urodziła cesarzowi syna. Został on oddany na wychowanie prawowitej żonie cesarza Ci An. W 1861 roku umarł cesarz Xiang Feng, a jego następcą został właśnie Thong Zhi - pięcioletni syn Ci Xi. To ona wówczas sprawowała faktyczną władzę w miejsce „syna niebios”. Ci Xi nie zamierzała się nią dzielić z dorastającym Thong Zhi. Dlatego kierowała jego uwagę na palenie opium i niczym niepohamowane korzystanie z wdzięków nieskromnych kobiet. Chłopiec umarł w niejasnych okolicznościach w wieku 19 lat. W dniu jego śmierci Ci Xi dokonała pałacowego zamachu stanu i osadziła na cesarskim tronie trzyletniego siostrzeńca Guang Xu. Nadal sprawowała pełnię władzy. Kiedy Guang Xu uzyskał pełnoletność, Ci Xi zamknęła go w złotej klatce pałacu i wydała dekret, że cesarz jest niezdolny do sprawowania rządów.

Ci Xi nie interesowały zbytnio sprawy państwa i jego pomyślność. Pozostała w niej mentalność kurtyzany. Zabiegała o własne bogactwo i luksusy. Za czasów jej władzy wybuchło wspomniane powstanie bokserów. Choć było skierowane także przeciw mandżurskiej dynastii, Ci Xi początkowo patrzyła przychylnym okiem na powstańców, ale w końcu wystąpiła przeciwko nim. Ci Xi umarła 15 listopada 1908 roku, dzień po otruciu Guang Xu. Na gwałtownie opróżniony cesarski tron wszedł dwuletni Pu Yi. W 1912 roku chiński polityk Sun Yat Sen doprowadził do zakończenia wielowiekowej tradycji cesarstwa i wprowadził ustrój republikański. Chiny stały się igrzyskiem dla Panów Wojny, których prywatne, pół – bandyckie armie pogłębiały zamęt w kraju.

*

W XVI wieku, po w miarę ciepłym średniowieczu, w Europie zaczęło być coraz zimniej. Wymownym przykładem zmiany warunków klimatycznych było opuszczenie przez rolników terenów Grenlandii, czy zamarzanie Morza Bałtyckiego na całej jego powierzchni. Nastał okres tzw. małej epoki lodowej (Little Ice Age). Ludzie potrzebowali ciepłych ubrań. Czyli futer. W Europie gęste lasy były już przetrzebione. Carowie moskiewscy rozpoczęli zatem handel swoim „surowcowym” towarem eksportowym – futrami. Dążąc do ich zdobycia coraz bardziej podążali na wschód. W XVII wieku 1/3 dochodów Moskwy pochodziła z tej dziedziny gospodarki. Klimat na powrót ocieplił się dopiero w XVIII wieku. Ojcem syberyjskiej konkwisty był kozacki ataman Jermak Timofijewicz (zginał w 1585 roku). Wyruszył on w nieznane z garstką około 800 ludzi. Imperium Rosyjskie rozciągnąwszy się daleko na Wschód znalazło punkty styczne z Państwem Środka.

*

Ludwik Kubala tak opisywał jeden ze skutków wojny moskiewskiej z lat 1654-1655 dla spustoszonych przez cara wschodnich województw Rzeczypospolitej: „siedm i ośm chłopaków lub dziewcząt sprzedawano za rubla” (Ludwik Kubala, „Wojna Moskiewska 1654-1655”, Warszawa 1910, s. 237). Pierwszymi Polakami, którzy przybyli do Mandżurii, byli jeńcy wojenni z XVII wieku. Polak Nicefor Czernihowski, pochwycony jako jeniec (w czasie wojny smoleńskiej w 1632 roku), umknął jednak ze zsyłki do Mandżurii. Założył tam osadę o nazwie Jaksa. Było to warowne obozowisko otoczone częstokołem ale z politycznymi ambicjami. Kolejna fala Polaków, która otarła się o Mandżurię, to byli powstańcy styczniowi. Ale z czasem Polacy zaczęli przybywać do Mandżurii także z własnej woli.

*

Dlaczego Antoni rzucony na Daleki Wschód znalazł się w kluczowym momencie tej historii akurat w Harbinie? Harbin po mandżursku oznacza „miejsce suszenia sieci rybackich”. Innymi słowy to niemal poetyckie określenie wioski rybackiej położonej nad rzeką Sungari.

W XIX wieku, dzięki wybudowaniu żelaznych dróg, świat się niezwykle skurczył. Kolej była istotnym impulsem cywilizacyjnym. Także dla Rosji i Dalekiego Wschodu. Pierwszą łopatę w budowę Kolei Transsyberyjskiej przez Rosję wbito w maju 1891 roku. Budowę rozpoczęto na raz z dwóch stron: od Czelabińska i od Władywostoku. Ale przedsięwzięcie się udało. Tory kolejowe się nie rozminęły. W 1896 roku Rosja wymogła na Chinach zgodę na budowę eksterytorialnej linii kolejowej łączącą miasto Czyta na Syberii i portowy Władywostok. Jak popatrzeć na mapę, to Mandżuria wybrzusza „do góry” (czyli na północ) granicę rosyjsko – chińską.

W rozbudowę infrastruktury kolejowej zarządzanej przez carską Rosję zaangażowanych zostało wielu Polaków. Słowo „zaangażowanie” opisuje przy tym dwie zupełnie skrajne sytuacje. Z jednej strony, Ziemia Obiecana. Wielu wybitnych fachowców polskiego pochodzenia nie mogło - ze względów politycznych - rozwijać swoich karier w Priwislinskim kraju. Natomiast Daleki Wschód dawał im oczekiwaną swobodę rozwoju. Był to swoisty magnes imigracyjny. Padło wówczas wiele „polskich” rekordów. Inżynier Michał Hieropolitański kierował budową najdłuższego ówcześnie mostu w Eurazji na rzece Amur. Ukształtowanie tamtego terenu, w tym niekiedy gargantuiczne rozmiary rzek, rozliczne pasma górskie stanowiły poważne wyzwanie. Współzałożycielem miasta Harbin był inżynier Adam Szydłowski. Został on wysłany z Władywostoku z zadaniem wytyczenia trasy pod planowaną drogę żelazną. Miasto powstało w 1898 roku w miejscu wcześniejszej osady właśnie jako stacja Kolei Wschodniochińskiej i siedziba jej administracji. Z drugiej strony… Dom Niewoli. Ilu Polaków zesłanych na katorgę, często działaczy niepodległościowych, przykutych łańcuchami do taczek, budowało w pocie czoła Kolej Transsyberyjską?

 

*

Powołanie Antoniego do służby wojskowej, po raz wtóry w roku 1914, należy jednoznacznie połączyć z wybuchem Wielkiej Wojny. Jak na ówczesne standardy Antoni był już niemłody. Miał wtedy 29 lat. W 1914 roku każdy spodziewał się krótkiej wojny. Stało się jednak inaczej.

Wybuch Wielkiej Wojny komplikował wiele drobnych, osobistych, życiowych spraw. Na przykład na wyprawę do Australii i Oceanii (czyli do brytyjskiego dominium) wyruszył cesarsko – królewski poddany Bronisław Malinowski. Dla austriackiego obywatela oznaczało to, że właśnie znalazł się na obszarze wroga. Tymczasem jego badania etnograficzne miały dać światu nauki intrygującą wiedzę o życiu seksualnym dzikich. Malinowskiemu towarzyszył jego sekretarz, przyszły autor „Szewców”, Stanisław Ignacy Witkiewicz, znany jako Witkacy. Witkacy, dla odmiany, był poddanym rosyjskiego cara. Zaniechał zatem – choć przyznać trzeba, że niebanalnych – badań antropologicznych. Powrócił do Europy. W Petersburgu zaciągnął się do elitarnej jednostki piechoty – Lejb – Gwardyjskiego Pułku Pawłowskiego. Walcząc w rosyjskich barwach na froncie otarł się o przeciwnika, jakim były Legiony Polskie Józefa Piłsudskiego. Witkacemu udało się, pomimo odniesionych ran, przeżyć wojnę i rewolucję, jak również w czerwcu 1918 roku opuścić Rosję i powrócić do polskiego Zakopanego.

Dla równowagi trzeba przypomnieć, że w cesarsko – królewskim Zakopanem wojna zatrzymała obywatela brytyjskiego, wybitnego pisarza - marynistę Josepha Conrada. To polski emigrant Józef Korzeniowski. Taka mała dygresja. Gdyby w 2022 roku udać się na polską mszę do Katedry Wniebowzięcia we Lwowie, to dzieci z polskich rodzin mieszkających tam od pokoleń będą mówiły po polsku. Gdyby udać się na polską mszę na obrzeżach Londynu to dzieci, z rodzin, które niedawno przyjechały tam za pracą, będą mówiły raczej po angielsku. W każdym razie, po długich staraniach Joseph Conrad przez Wiedeń i Włochy powrócił do domu.

Jak mógł wyglądać wyjazd wojska? Antoni na dworcu kolejowym żegna się z Marianną. Antoni ubrany jest w szarozieloną czapkę polową (furażerkę), szarawary, kusowarotkę (koszulę) i kurtkę mundurową. Na nogach ma sznurowane buty z owijaczami. Opina go pas z klamrą, do którego przyczepione są dwie skórzane ładownice. Przez pierś ma przewieszony zielony wojskowy szynel i brezentową ładownicę. Do tego sucharnyj mieszok (wojskowy chlebak), aluminiowa manierka i plecak. Zgodnie z rozkazami czasu wojny, Antoni nie ma kolorowych wypustek, otoków czy pagonów. Wszystko jest w barwach ochronnych.

*

Lokomotywa, stojąca pod parą, bez żadnego ostrzeżenia, nagle szarpnęła wagony i pociąg powoli ruszył. Eszelon jednostajnie jechał, przez bezkresną Rosję, na wschód. Żołnierze zdążający na zachód, w czasie postojów na stacjach, wyzywali innych rekrutów na ustawiane bójki. Takie „przyjacielskie” zabawy kończyły się częstokroć ofiarami śmiertelnymi i poważnymi ranami. Kto by się jednak tym przejmował? W tych miasteczkach, na trasie przejazdów transportów wojskowych, w których nie było żandarmów, spokoju mieszkańców pilnowali strażacy uzbrojeni w sikawki z wodą. Na którymś z postojów wszystkie transporty energicznie przetrząsał patrol kozacki. Szukali jakiejś miejscowej dziewczyny, sprzedającej przy torach pierogi, rzekomo uprowadzonej przez nieznanych żołnierzy. W polskich źródłach można wyczytać, że rekruci wspólnie modlili się, śpiewali pieśni kościelne, a z takich kompletnych szaleństw - to grali w karty. Biorę jednak poprawkę na to, że wspomnienia spisuje się zwykle w starszym wieku i dla potrzeb dobrego wychowania młodzieży.

*

W eszelonie jadącym na Daleki Wschód były dwa rodzaje wagonów: oficerskie (ale i te nie były wolne od bezczelnie atakujących insektów) i tzw. tiepłuszki (całkowicie zarobaczone). Antoni podróżował w drugiej klasie, daleko odbiegającej standardem od tej pierwszej. W składzie pociągu mogło być około trzydziestu wagonów. Jakiś czas temu wydana została monografia, z przedrukiem listów wysyłanych do rodziny przez oficera Antoniego Boglewskiego, zdążającego do Mandżurii na wojnę rosyjsko-japońską. Stanowią one swoisty reportaż z podróży. A owa podróż trwała długo. Z Warszawy Boglewski wyjechał 18 listopada 1904 roku. Do Harbinu dotarł w nocy 2 stycznia 1905 roku. Niemniej wówczas linie kolejowe były obciążone przewozem kolejnych mas żołnierzy i dostawami dla wojska.

Mijany krajobraz był różny. Z początku była to niekończąca się monotonia równin, która przechodziła w niekończącą się monotonię lasów. Później, były niezliczone zakręty, podjazdy, spadki. Olbrzymie i mniejsze rzeki, a ponad nimi przerzucone mosty kolejowe. Ówczesna podróż pociągiem, to niebywała akustyka dźwięków. Gwizdy, świsty, hałas poruszających pociąg tłoków, a wreszcie nieprzerwany stukot wagonów. Na ostatku skrzypienie hamującego kolosa. Zapewne po paru dniach podróży nikt z żołnierzy nie zwracał większej uwagi na przewidziane i nieprzewidziane rytmy kolejowego składu.

Jak podróżuje Antoni? Według opisu Boglewskiego: „wagony u nich towarowe, podobno między podwójnemi ścianami obite wojłokiem. Pośrodku stoi piecyk żelazny opalany drzewem. Żołnierze śpią na podłodze i na pryczach, urządzonych na wysokości połowy wagonu. Po napaleniu w piecu i zamknięciu wielkich zasuwanych drzwi spać jest nawet za gorąco dla leżących wyżej. Dla zajmujących niższe piętro jest cokolwiek chłodno, gdyż spod drzwi chłód przenika pomimo zakładanych worków i kołder, które przezornie wzięliśmy z sobą na drogę” (Zofia Boglewska-Hulanicka, „W drodze…”).

W czasie dłuższej, przymusowej przerwy w podróży żołnierze ćwiczyli musztrę i zorganizowali małe manewry. Przyczyną zwłoki było to, że z platform kolejowych ciągnionych do portu we Władywostoku pospadały przewożone torpedowce. Brzmi to surrealistycznie? Nie w Rosji. W 2022 roku w czasie agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę przestrzeń informacyjną wypełniły filmiki pokazujące ukraińskie traktory biorące na hol wrogie czołgi porzucone na polach z braku benzyny.

Po bardziej stromych fragmentach żelaznej drogi eszelon muszą ciągnąć dwie lokomotywy. Pozyskanie parowozu „do pary” potrafiło być bardzo czasochłonne. Żołnierze podróżujący na Daleki Wschód mają okazję zapoznać się z istną wieżą Babel. Różnorodność wschodnich nacji, której nie doświadczyli nawet przy okazji oglądania jasełek, była olbrzymia: Rosjanie, Kirgizi, Buriaci, Jakuci, Mongołowie, Mandżurowie, Chińczycy, Koreańczycy, Japończycy, Polacy… Czy Antoni spotkał się po drodze przez Syberię z polskimi zesłańcami? Czy wypytywali go o Polskę? Czy ulegali wzruszeniu na dźwięk polskiej mowy słyszanej z ust Antoniego? W samej Mandżurii część żołnierzy podróżuje w pełnym pogotowiu bojowym. Trzymają w rękach broń gotową do strzału. Są w każdej chwili gotowi odeprzeć atak ze strony hunhuzów.

*

Jak wyglądała Mandżuria? W polskiej literaturze nie brakuje jej plastycznych, mistrzowskich opisów. „Drzewa iglaste, liściaste, drzewa północy i południa zeszły się tutaj w przedziwnej mieszaninie, tworząc rozchełstaną, szumiącą na setki kilometrów tajgę mandżurską, szu-hai, po polsku: Leśne Morze...” (Igor Abramow Newerly, „Leśne morze”). Niemniej był tam również step, pola uprawne. Z dzikiego morza zieleni gdzieniegdzie wyrastały miasta. Tu i ówdzie widać było kopalnie, z których węgiel używany był także jako paliwo dla kolei.

*

W czasach, gdy Antoni przybył na Daleki Wschód Imperium Rosyjskie traciło swe wpływy w Mandżurii. Niemniej niezależnie od wektorów wielkiej polityki, rosyjskie oddziały nadal przebywały na terytorium chińskim. Inicjatywę w Chinach coraz wyraźniej podejmowała Japonia. W tamtym czasie Japonia była jednak w formalnym sojuszu z Ententą: Wielką Brytanią, Francją i Rosją. „Staliśmy w miasteczku ***. Wiadomo, jakie jest życie oficera armii. Z rana ćwiczenia, maneż i obiad u komendanta pułku albo w żydowskiej traktierni; wieczorem poncz i karty. W *** nie było ani jednego domu otwartego, ani jednej panny; zbieraliśmy się jeden u drugiego, gdzie nie widzieliśmy nic prócz własnych mundurów” (Aleksander Puszkin, „Wystrzał”). A jakie było życie podoficera na końcu świata? Antoni był żołnierzem Amurskiego Okręgu Wojskowego. Garnizony wojskowe na tak głębokich peryferiach państwa prowadzącego wojnę zajmowały się rutynowymi patrolami terenów przygranicznych i zabezpieczeniem strategicznych instalacji. Na Dalekim Wschodzie były to linie kolejowe, a w tym dworce kolejowe, rozliczne mosty. Z czasem dochodziła do tego obsługa zapełniających się ustawicznie obozów jenieckich. Na Dalekim Wschodzie nie było sterowców, aeroplanów, czołgów, iperytu, masek przeciwgazowych, pociągów pancernych, dział kolejowych…. Antoni został uzbrojony w karabinek samopowtarzalny Mosin–Nagant. Do zadań wojska należało zwalczanie band hunhuzów atakujących pociągi. Na cmentarzach ulokowanych przy linii kolejowej było tamtego czasu sporo polskich nazwisk pochowanych tam żołnierzy, poległych w walce. Hunhuzi napadali także na sadyby ludzkie. Nie byli w liście celów specjalnie wybredni. Dla zapewnienia bezpieczeństwa ludności niezbędne były wypady poza garnizon. Służba wojskowa na Dalekim Wschodzie nie była zatem senną nudą przerywaną jedynie ćwiczeniami musztry.

*

W początkach Wielkiej Wojny, na „urzędową”, dzienną dietę rosyjskiego żołnierza składało się: kilogram żytniego chleba, 400 g świeżego mięsa lub 300 g konserw mięsnych, 20 g masła, 250 g świeżych warzyw. Wraz z trwającą wojną budżet państwa rosyjskiego kruszał, a przez to wiele garnizonów wojskowych głodowało. Z pewnością zdarzały się przypadki defraudacji pieniędzy przeznaczonych na aprowizację armii. „Głodni żołnierze (…) ukradli (…) krowę. Wyłamali zamek w oborze, zatknęli krowie buty na nogi, żeby śladów nie było na śniegu i, wyprowadziwszy ją na pole, zarżnęli” (Aramiliew, „W dymie wojny”).

*

Jak wyglądała kuchnia mandżurska? W czasach Antoniego były w niej widoczne silne wpływy kuchni rosyjskiej. Ta z kolei była wypadkową surowego i mroźnego klimatu. Zatem w potrawach dużo było ziemniaków i czosnku. Na kuchnię mandżurską wpływała obfitość tamtejszych lasów. Nie dotyczy to tylko rodzaju potraw, ale też sposobu ich przyrządzania z uwagi na dostatek drewna na opał. Popularny był kurczak duszony w grzybach, duszone mięso w gęstych sosach, zawiesiste zupy. W kuchni mandżurskiej używano też dużo dziczyzny. Zatem w menu było miejsce na kawałki jelenia czy niedźwiedzią łapę. W czasie głębokich zim ozdobą stołów były mandżurskie marynaty. Oczywiście inaczej wyglądało menu bogatych, a inaczej jadłospis biedoty. „W jednej z szop mieściła się piekarnia, czy raczej cukiernia. Kilku obnażonych do pasa i spoconych Chińczyków przyrządzało chleb zaparzany, czyli >men-to<, i różne przysmaki. Jeden z piekarzy gniótł i walcował długą kiszkę z ciasta, aż nareszcie porwał ją i zaczął, krzycząc coś wniebogłosy, wywijać nią w powietrzu. Gruby, jak ramię ludzkie i długi na metr, skręt ciasta zaczął się rozciągać coraz bardziej i wydłużać; piekarz bardzo zręcznie zginał go podczas ruchu i zmuszał jedną połowę okręcać się koło drugiej, znowu go wyprostowywał, coraz szybciej wywijając w powietrzu. Z ciasta zrobiła się cienka lina, którą piekarz zaczął przerzucać przez swój, ociekający potem, bronzowy grzbiet, otaczać się cały jej zwojami, aż koniec końców odrazu zwinął ją w warkocz z czterech pasm i szybko zanurzył w gotującym się bobowym oleju. Olej zasyczał, wyrzucając kłęby pary i krople gorącego płynu, a gdy para przestała się wydobywać z kotła, piekarz szczypcami wyciągnął z oleju swoje kulinarne arcydzieło. Warkocz nabrał złocisto-bronzowej barwy i był prawie całkiem twardy. Była to >Ko-za<, ulubiony przysmak Chińczyków” (Ferdynand Ossendowski, „Od szczytu do otchłani”, pisownia oryginalna).

*

Taki obrazek z dawniejszych lat (XVIII w.) przedstawiony przez Jędrzeja Kitowicza: „Generał Szuwarow rozsądny i łagodny, póki trzeźwy, jak się upije (co mu się raz punktualnie w 24 godziny trafia, z napoju gorzałki, ulubionego trunku moskiewskiego), to szalony, rabunek i morderstwo za igraszkę poczytujący” („Pamiętniki, czyli Historia Polska”). Niemniej rosyjska prohibicja była nagminnie obchodzona. Dotyczyło to zarówno dowództwa jak i żołnierzy. Co pito? Phillipe-Paul de Segur (żołnierz roku 1812) ze zdumieniem konstatował: „w Rosji zamiast wina i koniaku używana jest powszechnie wódka z ziaren pędzona, z domieszką mniej lub więcej odurzających ziół” („Byłem adiutantem Napoleona”). Ów, zapewne szlachetny, eliksir wywracał żołądki francuskich żołnierzy. Niemniej wschodni Europejczycy byli do niego przyzwyczajeni. Pokutuje przekonanie, że carscy oficerowi do picia wysokoprocentowego alkoholu nie używali niczego mniejszego niż szklanka. Wódka była używana jako oficjalny „środek dopingujący” dla żołnierzy wysyłanych do ataku.

*

Bardziej zaawansowaną grą była rosyjska ruletka. Potrzebnym rekwizytem był rewolwer Nagant. Gracz ładował sześciokomorowy bęben jednym nabojem, zakręcał bębnem, następnie przystawiał sobie lufę do głowy i strzelał. Podobno cała sztuka polegała na tym, że pojedynczy nabój umieszczony w bębnie zmieniał jego środek ciężkości i zazwyczaj nabój po zatrzymaniu się bębna pozostawał w dolnej części komory.

*

Jest zimny i biały styczeń 1918 roku. O tej porze roku w Harbinie są wielostopniowe mrozy. Antoni czeka na wydanie dokumentu stanowiącego być może jego przepustkę do kraju. Znajduje się w budynku przy ul. Głuchej. Mieści się w nim Gospoda Polska. Gmach (wówczas jeszcze jednokondygnacyjny) został wybudowany w europejskim stylu, w latach 1912-1914, ze składek mieszkającej tam Polonii. Tadeusz Szukiewicz (autor wpisu o Gospodzie Polskiej w wielokrotnie tu cytowanej książce Kazimierza Grochowskiego) wspomina, że w ostatnim kwartale 1917 roku, w związku z napływem Polaków do Harbinu, do stowarzyszenia zapisało się ponad stu nowych członków. W grudniu 1917 roku na dachu budynku wywieszono polską flagę. Nie trzeba było zatem pytać o drogę, aby tam dotrzeć.

Jak mogło wyglądać spotkanie Antoniego i Rady Politycznej w Gospodzie Polskiej? Antoni zapewne nie ma już na sobie wojskowego munduru. Nie chce ani niepotrzebnie prowokować władzy, ktokolwiek nią będzie, ani odpowiadać na zbędne pytania. W razie zatrzymania przez Białych poza garnizonem, bez rozkazów – nawet pomimo ogólnego rozprężenia – całkiem możliwa jest kula w łeb. A tu w Rosji, czy na Dalekim Wschodzie można zginąć z bardziej błahego powodu. Jest w skromnym cywilnym ubraniu. Wygląda na zwykłego, niepozornego urzędnika niższego szczebla. Teraz otrzymuje od uśmiechniętego człowieka dokument opatrzony numerem 29. Kilka zadrukowanych kartek połączonych ze sobą w składaną harmonijkę.

- „Jak mawiają Chińczycy: >podróż tysiąca mil musi rozpocząć się od jednego kroku<. Proszę! To dla Pana”.

„Co to za dokument?”

- „To tyle, ile w naszych warunkach możemy dla pana zrobić. Proszę się na nim własnoręcznie podpisać” - Antoni z zaciekawieniem odbiera podany mu papier. Czyta jego polską i rosyjską treść. Składa na nim swoje podpisy. Delikatnie trzyma go w rękach, aby dosechł atrament. Gospodarz przerwał w pół zdania, ale za chwilę znów ciągnie dalej: „Tak jak powiedziałem, to tyle ile możemy dla pana zrobić. Czyli niewiele. Oto ogłaszamy urbi et orbi że jest pan Polakiem i zachowa pan neutralność, wobec sytuacji wewnętrznej Rosji. Skoro ogłaszamy to orbi, papier musi być wielojęzyczny. Mogą pana zatrzymać i Biali i Czerwoni i eserowcy i nie wiadomo jeszcze kto. Nie może mieć pan dla każdej ze stron konfliktu osobnych dokumentów, o sprzecznej ze sobą treści. W razie przeszukania mogłoby się to skończyć katastrofą. Dlatego treść naszego zaświadczenia musi być odpowiednia dla wszystkich kolorów władzy w dzisiejszej Rosji. Rozumie pan?”

*

Rada Polityczna polskiego stowarzyszenia ma samozwańcze kompetencje do wydawania jakichkolwiek zaświadczeń. Niemniej pomysł się sprawdził. Z pewnością bardzo pomógł Antoniemu. Na zachowanym dokumencie odciśnięto najwyraźniej urzędowy stempel. Treść jest nieczytelna, bo tusz się rozmazał. Pośrodku stempla jest datownik. Data dzienna to „27”. Rok z datownika odczytuję jako „1918”. Pod datą, u dołu odbicia stempla, sześć drukowanych liter, z których pierwsza to „P”, a dwie środkowe odczytuję jako „CC”. Zakładam, że jest słowo „РОССИЯ”, czyli po prostu „Rosja”. Znaczy się, że ryba połknęła haczyk. Odnosząc numer porządkowy dokumentu „29” do liczebności diaspory polskiej w Harbinie można wyciągnąć wniosek, że Antoni jest jednym z pierwszych, którzy chcą wrócić do kraju.

*

Baron von Ungern nie był aniołem dobroci. Nie był też typem błędnego rycerza czy romantyka walczącego ofiarnie co bezinteresownie za wolność „waszą i naszą”. Okrucieństwo było jego znakiem firmowym. Wszak konkurencja o taką rozpoznawalność była wówczas duża. Bolszewicy też nie chcieli pozostawać daleko w tyle. I dalibóg nie pozostawali. Można przywołać taki opis pobojowiska jakie pozostawił po sobie krwawy baron: „dwie i pół godziny jechaliśmy przez to pole śmierci. Wszędzie leżały trupy… trupy… setki, tysiące trupów, najokropniej rozpłatanych od szyi do bioder, z odrąbanymi głowami i ramionami (…). Przejechaliśmy obok konia, który leżał z odrąbaną prawie przy piersi szyją. Pocięte straszliwie twarze, zdruzgotane czaszki, porozrzucane, odcięte od tułowia dłonie składały się na straszliwą ofiarę złożoną zachłannemu bogu wojny przez dzikie, waleczne wojska barona Ungerna” (Ferdynand Ossendowski, „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”). Zdarzało się, że pochwyconych jeńców baron rozkazywał zatłuc kijami.

Otóż z czasem baron von Ungern zdał sobie sprawę z faktu, że już dłużej nie utrzyma bolszewików na odpowiedni dystans w Mongolii. Postanowił zatem wyjechać – przez Japonię – do Europy. Oczywiście nie z pustymi rękami. Do dyspozycji miał niemal półtorej tony złota umieszczonego w 24 skrzyniach. Wybrał 16 zaufanych podwładnych (samych Mongołów i Tatarów), którzy mieli przewieźć cenny ładunek konno do Hajlaru. Stamtąd skrzynie wypełnione złotem miały trafić koleją do Harbinu i dalej drogą morską za granicę. Baron uczynił to w ścisłej tajemnicy przed innymi, a w szczególności w sekrecie przed swoimi oficerami, którzy mogliby potraktować złoto jako wspólny kapitał akcyjny, w którym także mają swoje udziały. Umyślni po cichutku zabrali ładunek, luźne konie i pomknęli w step.

Dobra sensacja musi mieć swojego czarnego luda. W tej konwencji „dobrze” wypadają bolszewicy. Rzeczywiście bolszewicy zwąchali, że coś się święci. Atakują żołnierzy barona von Ungern. Po stronie Czerwonych trup ścieli się gęsto, choć mają kilkukrotną przewagę liczebną. Ludzie barona orientują się jednak, że w dłuższej perspektywie nie dadzą im rady. Wybierają zatem wariant taktycznego oderwania się od przeciwnika. To synowie stepu. Dosiadają koni. Wymieniają konie juczne na luzaki i jazda. Niemniej półtorej tony złota to nie piórko. Po kilku dniach pościg zaczyna powoli ich dochodzić. Coraz częściej bolszewicy zbliżają się na odległość w miarę celnego strzału. Uciekinierzy odnoszą pierwsze straty. Nie ma czasu na pomoc medyczną ciężko rannym. Dobijają ich zatem z mauzerów. Lepsze to dla nich niż niewola. Poza tym zabiorą ze sobą do Wieczności tajemnicę przewożonego ładunku. Pozostali przy życiu wytrwale uciekają dalej.

Do Hajlaru pozostało tylko 160 km. Są zatem ante portas! Niemniej uciekinierzy są już u kresu swoich sił. Wiedzą, że nie wykonają zadania krwawego barona. Boją się bardzo, bo żyją w czasach, w których przełożonym nie zakazuje się jeszcze stosowania mobbingu. Zakopują zatem skrzynie ze złotem w szerokim stepie, w miejscu znanym tylko im, księżycowi i gwiazdom. Wraz ze złotem ukrywają jeszcze tajemniczą ocynkowaną skrzynię należącą do barona von Ungern, której zawartości nie znają. Wkrótce wstaje słońce. Wydaje się, że zdołają umknąć. Niestety. Bolszewikom udaje się ich dopaść. Walka jest nierówna. Tylko dwójce mocno poranionych ludzi barona udaje się zbiec. W jakiś czas po tym bolszewicy zdobywają kwaterę barona von Ungern. Nie znajdują tam jego głównej kasy. Co zawierała tajemnicza ocynkowana skrzynia? Gdzie ukryto złoto? Czy ocaleni żołnierze dotarli do barona? Czy sami wrócili się po ukryte złoto? Odpowiedzi na te pytania można pozostawić scenarzystom filmowym. Źródłem dla tej relacji jest Kazimierz Grochowski. Niemniej on sam przytacza jedynie zasłyszaną opowieść.

*

Traktat pokojowy pomiędzy Rosją bolszewicką a Niemcami podpisano w Brześciu dnia 3 marca 1918 roku. Zatem z końcem 1917 roku Niemcy w zasadzie wygasili swój front wschodni.

Zawieszenie broni – od 5 grudnia 1917 roku – nie oznaczało wprowadzenia czegoś na kształt małego ruchu granicznego. Antoni musiał jednak wiedzieć jak biegła linia frontu w wyniku niemieckiej ofensywy z lat 1915 – 1916 i rosyjskiej ofensywy Brusiłowa z czerwca – sierpnia 1916 roku. Na Daleki Wschód docierały przecież armijne biuletyny informacyjne. Ostatecznie można było czerpać wiedzę z prasy. Linia styku bojowego obu walczących armii przebiegła z grubsza na linii Dźwińsk, Pińsk, Łuck, Brody, Czerniowice. Na tamtym terenie obecność Polaka nie musiała nikogo dziwić. Były to kiedyś ziemie wielonarodowościowego państwa Jagiellonów. Istniała zatem realna szansa na przeniknięcie na drugą stronę lustra. Co prawda po zawieszeniu broni Niemcy przesunęli swe oddziały na oś: Psków – Kijów i dalej na południe w kierunku na Odessę, ale wejście głębiej w państwo rosyjskie obyło się bez większych bitew czy innych działań militarnych.

*

Reżimowy twórca, Aleksy Tołstoj w „Drodze przez mękę. Rok Osiemnasty” (tom 2) tak opisuje ówczesne realia migracyjne: „w połowie zimy na węzłowych stacjach kolei południowo-rosyjskich zderzyły się dwa potoki ludzkie. Z północy do obfitych w zboże ziem dońskich, kubańskich, twerskich uciekali w apokaliptycznym przerażeniu działacze społeczni, przebrani wojskowi, handlowcy, właściciele ziemscy z płonących majątków, aferzyści, aktorzy, pisarze, urzędnicy, wyrostki, czujący, że nadeszły czasy Fenimore’a Coopera, słowem – niedawno jeszcze hałaśliwa i pstra ludność obu stolic. (…) Na skrzyżowaniach panował ścisk, w którym pracowali szpiedzy białogwardyjscy (…). Uwijali się bandyci i drobne złodziejaszki. Złapanych zabijano na miejscu. Umocnienia Czerwonej Gwardii były mało skuteczne, przerywano je jak pajęczynę”. Warto powtórzyć za kartami radzieckiej literatury: „Złapanych zabijano na miejscu”. Czy głodny człowiek mógł być drobnym złodziejaszkiem? Jean Valjean, bohater „Nędzników” Wiktora Hugo w następstwie kradzieży bochenka chleba przesiedział 18 lat w więzieniu. Nie miałby jednak żadnych szans na przeżycie w prozie Aleksego Tołstoja. W kolejnych latach bolszewicy niemal do perfekcji uszczelnią swoją kontrolę nad sowieckim państwem.

*

Antoni planując swoją podróż na początku stycznia 1918 roku nie musiał obawiać się w czasie jej zakładanego trwania otwartej wojny polsko – bolszewickiej. Nie potrzeba było do takich wniosków specjalnej przenikliwości. Do tanga trzeba dwojga. Kto zatem miałby wojować w wojnie polsko – bolszewickiej w pierwszej połowie 1918 roku? Po prostu wtedy jeszcze nie było Niepodległej. Na pierwszoplanowego zaborcę wyrosły w tamtym czasie Niemcy. Dlaczego? Cały czas trzymały swoją porozbiorową schedę po I Rzeczypospolitej. Przewodziły w tandemie z innym zaborcą, kulejącymi Austro – Węgrami. W następstwie pokoju brzeskiego, połknęły rosyjskie nabytki rozbiorowe. Na wschodzie Europy w pierwszej połowie 1918 roku dopiero zbierało się na burzę. Bolszewicy musieli jako tako okrzepnąć wewnętrznie. Wpierw przydusić wroga wewnętrznego, a dopiero później zająć się propagowaniem swojego towaru eksportowego: rewolucji proletariackiej. Niemcy – jak wspomniano – zajęli olbrzymie połacie państwa carów, do czego było zaangażowanych ponad 700 tyś. żołnierzy. Właśnie owe siły niemieckie – do momentu, w którym tam stacjonowały – stanowiły naturalny bufor pomiędzy rodzącą się Niepodległą a Krajem Rad.

*

Poważną przeszkodą z pewnością utrudniającą Antoniemu realizację celu podróży była rozpoczynająca się wojna domowa. Nie była to przy tym wojna pozycyjna o możliwej do przewidzenia architekturze pozycji stron. Przeciwnie. Była to wojna dynamiczna, pełna zmian i niespodzianek. W swoim smutnym bilansie końcowym była bardziej krwawa niż Wielka Wojna. Antoni musiał liczyć się ze śmiercią, gdyby wpadł w ręce niechętnej mu kupy zbrojnych. Momentem startowym dla Antoniego jest jednak druga połowa stycznia 1918 roku. Wojna domowa w tym momencie była zatem dopiero na rozbiegu. Mroźna zima utrudniała koncentrację i ruchy zaczepne niechętnych sobie wojsk. Utrudniała logistykę zaopatrzenia w żywność. Tymczasem w miarę eskalacji terroru „przestały działać targowiska, pozamykano sklepy, zamarło życie społeczne, kiedy weszliśmy w okres dzikich ekscesów”. (Mironow, cytat za: Geoffrey Swain, „Wojna domowa w Rosji”, Warszawa 2007, s. 124). Jeszcze jeden proletariacko - literacki obrazek z końca 1917 roku: „Z obdartych i błotnistych ulic znikły świetne pojazdy, eleganckie kobiety, oficerowie, urzędnicy, działacze społeczni z niespokojnymi myślami. Coraz częściej stukał po nocach młotek zabijając deskami drzwi sklepów. Tu i ówdzie widać było na wystawach: tam kawałek sera, ówdzie zeschnięty pierożek. (…) Wystraszony przechodzień kulił się przy murze zerkając na patrole- grupki twardo stąpających ludzi z czerwoną gwiazdą na czapce i karabinem przewieszonym przez ramię” (Aleksy Tołstoj, „Droga przez mękę. Rok Osiemnasty”, tom 2).

*

Skoro Feliks Dzierżyński był Polakiem, to czy Antoni, w razie potrzeby, mógł odegrać komedyjkę, że jest czerwonym komisarzem? Myślę o prostym scenariuszu. Myślę o przypadku teatrzyku dla wyjątkowo nierozgarniętego audytorium. Profesor Ossendowski z powodzeniem stosował takie fortele. „Gdy podjechaliśmy do sowietu aby zmienić konie, otoczyła nas gromada jakichś bardzo podejrzanych drabów. Okazało się, że trafiliśmy na posiedzenie wysokich komisarzy, przybyłych tu dla jakiejś sprawy z minusińskiej Czeki. Draby zaczęły nas indagować i żądać pokazania naszych dokumentów. Nie byliśmy bynajmniej przekonani, że nasze papiery wywrą pożądane wrażenie, więc staraliśmy się uniknąć rewizji dokumentów. Mój towarzysz agronom powiedział mi później: - Co za szczęście, że u bolszewików wczorajszy nieudolny szewc piastuje urząd gubernatora, podczas gdy uczeni ludzie zamiatają ulice lub czyszczą stajnie czerwonej kawalerii! (…) Wszystko można w nich wmówić, dopóki nie wypuszczą kuli z rewolweru… I rzeczywiście, udało się wmówić w komisarzy Czeki wszystko co nam potrzebne. A więc namalowaliśmy im wspaniały obraz przyszłego rozwoju kraju, gdy wybudujemy szosy i mosty, które dadzą możliwość eksportowania drewna, wełny, skór z Urianchaju, rudy, nafty i złota z Sajanów, bydła z Mongolii, drogich futer z lasów rosnących u źródeł Jeniseju… Wygłaszamy tę odę około godziny, lecz triumf po niej jest zupełny, gdyż czekiści, zapomniawszy już o naszych dokumentach, sami przenosili nasze rzeczy na nowy wóz i życzyli nam powodzenia na chwałę rządu Sowietów” (Ferdynand Ossendowski, „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”).

*

Niemniej w spotkaniu z bolszewikami można było mieć mniej szczęścia. „Pojmujesz towarzyszu – rzekł jeden z żołnierzy – że szukamy kontrrewolucjonistów i będziemy ich rozstrzeliwać. (…). Zapadał wieczorny zmrok. Twarze moich gości stały się jeszcze bardziej pociągające. Żołnierze wyjęli z torby butelkę spirytusu i zaczęli pić, zakąszając chlebem i popijając gorącą herbatą. Alkohol szybko działał, więc i bolszewicy, wymachując rękoma i uderzając pięściami w stół, zaczęli głośno rozmawiać, przechwalając się liczbą zabitych burżujów. Śmiejąc się głośno, opowiadali sobie wzajemnie o wesołych dniach w Krasnojarsku, gdy wyłapywali znienawidzonych Kozaków i spuszczali ich pod lód Jeniseju” (Ferdynand Ossendowski, „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”). Powyższy opis dotyczy sytuacji dziejącej się w roku 1920.

*

Harbin od Kongresówki, w linii prostej, z lotu ptaka, dzieli niewyobrażalna odległość 7 200 km. Ale to myląca miara odległości. Azja to góry, rzeki, nieprzebyte lasy, pustynie, jeziora przekraczające wielkością niektóre z mórz. W 1884 roku wprowadzono strefy czasowe według pomysłu Sandorda Fleminga. Pomiędzy Harbinem a punktem docelowym wędrówki Antoniego jest osiem stref czasowych. Czyli jedna trzecia wszystkich stref.

Pierwszym wyzwaniem do pokonania była zatem sama odległość. Gigantyczna, trudno wyobrażalna przestrzeń. Kapitałem wyjściowym dla Antoniego były jego własne nogi, znajomość języka rosyjskiego i samej Rosji, no i kupiecka przedsiębiorczość. Dla tych odcinków drogi, które Antoni musiał pokonać pieszo, poza szlakiem kolei, nie mógł mieć map. Co najwyżej orientację co do ułożenia słońca i gwiazd. Przy czym mroźną zimą pokonanie dłuższych odcinków piechotą nie byłoby możliwe.

Antoni nie wywoził z Mandżurii żadnego specjalnego dobytku. Jego bagaż zapewne stanowiły bielizna, zapasowe części garderoby. Hipotetycznie mógł mieć trochę ukrytego srebra, bo w Chinach ciągle jeszcze był to środek płatniczy. Pewnie była i płynna waluta. W takim kraju jak Rosja wysokoprocentowa Krakowska i Lubelska, made in Harbin, mogły zdziałać cuda. Może planując ucieczkę uprosił wcześniej garnizonowego felczera o wymianę: medykamenty za przydział asmołowskich papierosów? Polski Harbin, otoczony przez stepowy czarnoziem, to zagłębie buraka cukrowego, sprowadzonego tam w sadzonkach z Lubelszczyzny. Zatem skarbem Antoniego mogły być woreczki z cukrem. Zapewne w bagażu Antoniego znalazło się trochę suszonych ryb, może konserwy, cebula, czosnek, może suchary, zapewne słynne mandżurskie marynaty. Antoni jest w pierwszej fali oczekujących na pomoc Gospody Polskiej. Zakładam, że o ile był w takiej potrzebie, mógł liczyć na odpowiedni ekwipaż na drogę ze strony stowarzyszenia.

W Rosji problemem było robactwo. „Widziałem, jak po ścianie kierowały się w moją stronę szeregi dużych i małych pluskiew. Ich strategja przypominała mi strategję floty bojowej. Duże okazy sunęły poważnie i groźnie, podobne do drednotów, idących w >keel-water< linji, a po obu stronach tych >pancerników< biegły, do torpedowców podobne, drobne pluskwy. Najnowsze metody wojny współczesnej zastosowały te wstrętne pasorzyty w walce ze mną” (Ferdynand Ossendowski, „Ze szczytu do otchłani”). Czy miał zatem Antoni miał przy sobie buteleczkę karbidu?

*

Czy Antoni mógł opuścić Rosję we wrześniu 1920 roku, drogą morską, z Władywostoku, wraz z Korpusem Czechosłowackim? Teoretycznie byłaby taka możliwość. Korpus Czechosłowacki co prawda nie udzielił wsparcia równolegle cofającej się przed bolszewikami 5 Dywizji Strzelców Polskich, ale była to inna jednostka taktyczna (w efekcie została ona rozbita przez Czerwonych). Udzielenie wsparcia Polakom mogło narazić Czechów na straty własne. Zakładam jednak, że pojedynczemu Polakowi, rezydującemu już we Władywostoku, owi Czesi pomocy by nie odmówili. W związku z Korpusem Czechosłowackim i jego operacjami na Dalekim Wschodzie pojawia się kilka interesujących pytań.

Skąd w ogóle się wziął w Rosji Korpus Czechosłowacki? Utworzony został jako osobna jednostka taktyczna z indywidualnie jak i masowo poddających się Rosjanom do niewoli żołnierzy armii austro-węgierskiej. Jak sama nazwa korpusu wskazuje pochodzenia czeskiego i słowackiego. W wojnie domowej Korpus walczył po stronie Białych. Skoro w świecie fikcji armia austriacka wzięła do niewoli pod Felsztynem Józefa Szwejka, ordynansa swojej własnej 11 Kompanii Marszowej 91 Pułku, to w świecie rzeczywistym armia rosyjska mogła brać do niewoli w całości w pełni ukompletowane pułki czeskie armii austriackiej. W praktyce zdarzało się, że austrowęgierscy dowódcy nawet nie znali języka swoich żołnierzy. Józef Roth („Marsz Radetzky’ego”), opisując chwilę śmierci, literackiej postaci, podporucznika von Trotty, podaje, że jedyne słowa jakie rozumiał u swoich podwładnych Słowian to: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i „Na wieki wieków, amen”. W czasie II wojny światowej na rosyjskim teatrze wojny taka krotochwilna historia z jeńcami wojennymi nie miała prawa się przydarzyć. Obie strony traktowały jeńców niezwykle brutalnie, a własnych żołnierzy podejrzewanych o defetyzm traktowano nie lepiej niż wrogów.

W jaki sposób Czesi stali się ważnymi graczami w stawce o złoto ze skarbca Imperium Rosyjskiego? Zaczęło się od stosunkowo niewielkiej, jakby kibolskiej, zadymy w Czelabińsku pomiędzy Czechami a jeńcami austro-węgierskimi. Dalej poszło jak po sznureczku. Bolszewicy chcąc przywrócić jako taki porządek aresztowali kilku czeskich zadymiarzy. Zatem Czesi przyszli ich uwolnić. Bolszewicy odmówili wydania krewkich aresztantów. W odpowiedzi Czesi zdobyli cały Czelabińsk. Wściekły Trocki postanowił rozbroić i uwięzić Korpus Czechosłowacki. Aleksy Tołstoj w „Drodze przez mękę. Rok Osiemnasty” (tom 2) cytuje taki oto rozkaz: „Wszystkie Rady Delegatów winny pod odpowiedzialnością rozbroić Czechów. Każdy Czech, spotkany z bronią w ręku na linii kolejowej, winien być rozstrzelany na miejscu, każdy transport, w którym będzie choć jeden uzbrojony żołnierz, musi być wyładowany z wagonów i zamknięty w obozie jeńców”. Ale łatwiej jest rozkazać, a trudniej wykonać. Zatem Czesi zajęli parę miast: Uljanowsk, Samarę, Perm i Jekaterynburg. A ponieważ bolszewicy byli wówczas jeszcze dość niemrawi Czesi przejęli też kontrolę nad Koleją Transsyberyjską aż po Władywostok. Władając linią kolejową wszystkie pociągi były pod specjalnym, czeskim nadzorem. Wszystkie pociągi. Również te złote.

W jaki sposób Czesi mogli wykonywać swoje obowiązki kierowania ruchem kolejowym na Dalekim Wschodzie? Nie sposób tu nie ulec chętnie rozpowszechnianemu przez samych Czechów stereotypowi. Zatem w kategorii zdarzeń „możliwych i prawdopodobnych” można wyobrazić sobie następującą scenę (miała się ona – literacko – wydarzyć o jedną wojnę dalej). „Krótko mówiąc, pan dyżurny ruchu podczas nocnej zmiany położył Zdeniczkę na stole, po czy uniósł jej spódnicę i wszystkie pieczątki naszej stacji odbił jedną po drugiej na tyłku naszej telegrafistki. Nawet o datowniku nie zapomniał” (Bogumił Hrabal, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”). Poza tym Czesi kontrolowali ruch pociągów przez opanowane przez siebie stacje.

W jaki sposób Czesi stacjonując na Dalekim Wschodzie, zapewne nigdy nie będąc we Francji i nie znając języka francuskiego, stali się częścią armii francuskiej? Odpowiedź jest bardzo prosta. W Ufie Zieloni utworzyli rząd, który obalił Biały - admirał Kołczak i ogłosił się wielkorządcą Rosji. Dyktaturę admirała uznała Ententa. Korpus Czechosłowacki należał do sił rządowych. Dla wzmocnienia prestiżu admirała jego siły włączono w skład sił francuskich.

W jaki sposób Czesi mogli wyprowadzić w pole goniących ich bolszewików co do niewiadomych ilości rosyjskiego złota? Czesi mieli wówczas w garści dwa poważne „walory”, które bolszewicy chcieli przejąć. Z kolei sami Czesi chcieli niewiele dostać w zamian. Oba walory zostały oddane uprzednio Czechom pod ich wojskową ochronę. Niemniej warunki się zmieniły. Rebus sic stantibus. Czesi czuli się w prawie postępować stosownie do zmienionych warunków. Pierwszy walor w rękach Czechów to, znienawidzony przez bolszewików, krwawy Biały admirał Kołczak. Drugi walor to tony rosyjskiego złota. Na widok Kołczaka bolszewicy dostali małpiego rozumu ze szczęścia. Oto mogą bardzo łatwo dostać w swoje ręce tak dla nich okrutnego admirała. Czesi tak oczadzili bolszewików Kołczakiem, że ci nawet nie zważyli złota, które Czesi też zgodzili im się oddać. Zatem bolszewicy byli przeszczęśliwi, bo summa summarum Czesi nie wydawali się być ani cwanym ani bystrym negocjatorem. Bolszewicy odbierali komplet tego, czego żądali. W zamian Czesi chcieli tego samego co bolszewicy: wyjechać spokojnie z Rosji. Bolszewicy pozbywali się zatem sporej części problematycznych interwenientów bez jednego dodatkowego wystrzału. Poza tym, kto z bolszewików na tyle kochał królową nauk, aby podliczać niekończące się słupki? Kiedy bolszewicy odkryli w niektórych wagonach zwykłe kamienie zamiast złota Czesi byli już daleko. Nikt jednak Czechów za rękę nie złapał. Złoto mogli rozkraść mało ideowi bolszewiccy konwojenci i całą winę zrzucić na nieobecnych.

Skąd Czesi wzięli fundusze na zamówienie w Japonii eleganckich sortów mundurowych własnego wzoru dla trzech dywizji? To miłe, że czeski żołnierz dbał o schludny i godny żołnierza wygląd. Czy prawdą jest, że niedługo po tym niektóre czeskie banki przyjęły duże depozyty w złocie? Nie. To już jest nieuprawniona insynuacja!

 

*

Aortą łączącą Daleki Wschód z europejską częścią Rosji była Kolej Transsyberyjska. To najdłuższa droga żelazna świata przerzucona przez prawie pięćset mostów. Biegnąca w bardzo zróżnicowanych warunkach geograficznych. Oglądam zdjęcie mostu pod Permem, przez rzekę Kamę, wybudowanego w 1910 roku. Przez szerokie ramię rzeki, na masywnych wysokich podporach, przystosowanych do walki z krą jak i z wysokim poziomem wody, unosi się wysoko stalowa konstrukcja z paraboliczną linią górnych przęseł. Nigdy nie zastanawiałem się dużej nad pięknem mostów, rezerwując wszystkie swe moce na inne, bardziej naturalne obszary, ale ten (ta?) jest rzeczywiście urodziwy.

Patrząc na ówczesną mapę kolejową, rzadką pajęczynkę dróg żelaznych, można dojść do wniosku, że z Czyty należałoby po prostu wsiąść do pociągu w kierunku na Ułan Ude, Irkuck. Przed Irkuckiem możliwe było albo podróżowanie dalej pętlą około bajkalską albo przeprawa przez Bajkał parostatkiem- „lodołamem”. Podróż wokół południowego krańca Bajkału, przez skalne półki i rozliczne tunele musiała dostarczać mocnych wrażeń. Bajkał jest dziki i przepotężny, rozmiarami przypomina morze. Za Irkuckiem linia kolejowa biegła w kierunku północno-zachodnim na Niżnieudińsk i Tajszet. Tajszet to węzeł kolejowy. W Tajszecie linia kolejowa stabilizowała się na kierunku zachodnim. Zatem dalej trzeba byłoby podróżować na Krasnojarsk i kolejno Tomsk i Omsk. Te dwie ostatnie, to również stacje rozjazdowe. Dalej trzeba byłoby kierować się na Jekaterynburg.

Antoni uzyskał dokument podróżny w styczniu 1918 roku. Podróż koleją zimą była możliwa nie była jednak bezpieczna nawet w czasach pokoju. „Na stacji dużo gadano o wypadku, który zdarzył się niedawno (…) na uralskiej przełęczy. Pociąg spadł z nasypu i według sprawozdań gazet było pięćdziesięcioro rannych i kilku zabitych. Droga między Syzraniem a Złatoustem uważana jest za najgorszą i najniebezpieczniejszą w całej Rosji. Ciągle zdarzają się rozmaite wypadki. Podróżni przygotowywali się do przebycia tej części drogi jak do jakiej wojennej wyprawy” (Wacław Sieroszewski, „Przez Syberię i Mandżurię do Japonii. Kartka z podróży”).

*

Jak wyglądał świat natury za oknem zimowego wagonu, a względnie za szparami tiepłuszki? Przywołam ponadczasowy, niemal poetycki opis, który jest na tyle uniwersalny, że może wydać się zimową impresją z wczoraj jak i sprzed stu laty. „Śnieg i śnieg. Jest styczeń, środek syberyjskiej zimy. Za oknem wszystko wydaje się zesztywniałe z zimna, nawet jodły, sosny i świerki wyglądają jak wielkie, skamieniałe sople, wystające ze śniegu ciemnozielone stalagmity. Nieruchomość, nieruchomość tego pejzażu, jakby pociąg stał w miejscu, jakby był tej okolicy częścią – też nieruchomy. I biel – wszędzie biel, oślepiająca, niezgłębiona, absolutna. Biel, która wciąga, a jeśli ktoś da się jej uwieść, da się schwytać w pułapkę i pójdzie dalej – zginie. Biel zniszczy wszystkich, którzy próbują zbliżyć się do niej, poznać jej tajemnicę (…) Coś w tym styczniowym, syberyjskim pejzażu obezwładnia, przygniata, poraża. Przede wszystkim jego ogrom, jego bezgraniczność, jego oceaniczna bezkresność. Ziemia nie ma tu końca, świat nie ma końca. Człowiek nie jest stworzony na taką bez-miarę. Dla niego wygodną, uchwytną, poręczną jest miara jego wsi, jego pola, ulicy (…) Piję herbatę i wyglądam przez okno. Ta sama równina śnieżna co wczoraj. Co przedwczoraj (a chciałem już z rozpędu dodać: co przed rokiem. Przed wiekami). Te same masywy leśne. Te same ostępy i polany, a na otwartych przestrzeniach wysokie zaspy śniegu, wyrzeźbione przez wiatr w najprzedziwniejsze kształty” (Ryszard Kapuściński, „Imperium”).

Zatem Antoni z pewnością doświadczał uczucia bezmiaru czasu i przestrzeni. Kalendarzem odliczającym dni były jedynie ubywające zapasy jedzenia w bagażu. W tym wymiarze żywiołem, którego należało się bać była przede wszystkim dzika, nieokiełznana natura. Sama w sobie trudna do zrozumienia. Do bólu obnażająca słabość samotnego człowieka w konfrontacji z jej żywiołem. Na razie właśnie wykuwana cywilizacja zła była dla Antoniego lękiem drugoplanowym.

*

Jak mogła wyglądać podróż Antoniego koleją w europejskiej części Rosji? Czy mogła być jeszcze w miarę komfortowa? W tych lepszych jeszcze czasach było tak, że „w wagonie zalatywało ubikacją, który to odór starano się zlikwidować za pomocą wody toaletowej, i pachniało lekko nadpsutymi pieczonymi kurami, zawiniętymi w brudny, zatłuszczony papier” (Borys Pasternak, „Doktor Żywago”). Cóż, w tiepłuszce ubikacją było wspólne wiadro …

Zapewne im bliżej było większych miast Rosji Antoni tym częściej myślał o niebezpieczeństwach jakich może doświadczyć od człowieka. Antoni miał za sobą wyczerpującą podróż z krańców Azji do Europy. Może miał jakiegoś zaufanego znajomego w Moskwie, u którego mógł odetchnąć i podreperować swoje siły? Może odpoczywał siedząc na ławeczce na Patriarszych Prudach? Czy na Twerskiej można było jeszcze dostać pijane czekoladki z likierem z fabryczki słodyczy Adolfa Sioux? Może patrząc na barwny Kreml Antoni myślał, że trzysta lat wcześniej stała na nim polska załoga? A może przypomniał sobie, że sto lat wcześniej do spalonej przez samych Rosjan Moskwy wjechali polscy żołnierze z napoleońskiej Grande Armee? Jeżeli Antoni był w Moskwie, to z pewnością odwiedził Świątynię Chrystusa Zbawiciela. Był tam jeszcze wówczas złoty, nieskromny ikonostas, na którego wykonanie zużyto 422 kilogramy tego kruszcu. Czy słyszał dźwięk 14 dzwonów z 4 dzwonnic otaczających świątynną kopułę? Czy Antoni widział kilkanaście tysięcy płonących świec w środku świątyni? „Nie! choćbyś zjeździł świat, jak długi, Nie znajdziesz takiej Moskwy drugiej!” (Aleksander Gribojedow, „Mądremu biada”). Z pewnością musiałby też być w kościele katolickim w zaułku Milutyńskim. Chodziło tam wielu Polaków.

*

Podczas drogi z Moskwy do Murmańska został aresztowany m.in. niedoszły prezydent Niepodległej w 1939 roku Bolesław Wieniawa - Długoszewski. Wieniawa został uwolniony z Łubianki za wstawiennictwem adwokata Leona Berensona, niegdyś obrońcy sądowego Feliksa Dzierżyńskiego. Mecenas, choć był absolwentem Sorbony, doprawdy fatalnie dobierał sobie klientów. Wieniawa ożenił się później z żoną Berensona…

*

Antoni mógł oczekiwać na pomoc także ze strony zwykłych Rosjan. W carskich czasach, na szlakach wędrówek na zesłanie, miejscowa ludność, zamieszkująca terytorium Imperium, wystawiała na zewnątrz swych domostw naczynia z jadłem. Może przyjęto go życzliwie do jakiejś chłopskiej chaty? „Z okazji gości postawiono samowar. Herbata pachniała rybą, cukier był ponadgryzany, szary, po chlebie i naczyniach snuły się karaluchy” (Antoni Czechow, „Chłopi”). Czasami ludzie biedni mogli być bardziej gościnni niż ci bogaci. Roman Dybowski powołuje się na „opowiadania niejednego kolegi, co uciekając w jak najbardziej awanturniczych warunkach piechotą z Rosji lub Syberji, znalazł przytułek, pożywienie, czasem nawet ryzykowną pomoc w przejściu granicy lub linji posterunków u bezinteresownego chłopa rosyjskiego, jedynie w imię ludzkiej litości nad tułaczem” („Siedem lat w Rosji i na Syberii”, pisownia oryginalna).

*

Antoni, choć coraz bardziej słabł, zdążał jednak w kierunku nadziei. Co musieli czuć ci nieszczęśnicy, którzy wędrowali dokładnie w przeciwnym kierunku, do łagrów na Kołymę? „Sam przejazd trwa wiele miesięcy, naprzód do Władywostoku, potem w nie dających się opisać warunkach na dnie statku do portu Magadan, wreszcie setki kilometrów pieszo przez śniegi, bez odpowiedniego ubrania i wyżywienia” (Władysław Anders, „Bez ostatniego rozdziału”, Warszawa 2007, s. 70). „Wcale się nie sprawdza to chińskie przysłowie, że >pokusa, aby zrezygnować będzie największa tuż przed osiągnięciem sukcesu<” – myśli Antoni zbierając swe siły, aby wędrować dalej. Naraz Antoni spostrzegł, że jest w okolicy, którą przecież zna. Dotarł zatem do upragnionego celu. Gdyby mógł, to zacząłby biec…

*

Ktoś zapukał do drzwi. Marianna otworzyła je i … nie poznała Antoniego. Widziała przed sobą jakiegoś przygarbionego, zarośniętego starca w łachmanach. Przeraźliwie wychudzonego i okropnie śmierdzącego. Mamrotał do niej coś niewyraźnie i cały się chwiał. Dopiero po długiej chwili dotarło do niej, że to jest Antoni.

Marianna posadziła Antoniego na krześle na środku pokoju. Nożem kawałek po kawałku odcinała strzępy ubrań i rzucała je w ogień. Tam, gdzie ubranie przywarło do ropiejących ran delikatnie przemywała je wodą. Największe problemy miała ze zdjęciem resztek obuwia. Następnie nożyczkami i brzytwą, nie bez wstrętu, usunęła coś, co u ludzi nazywa się włosami. Wzięła Antoniego na ręce jak dziecko i delikatnie włożyła do balii, do której wodę nagrzała na piecu. Dopiero za trzecią wymianą w wodzie przestał pływać brud i insekty. Teraz przyszedł czas na opatrywanie ran i smarowanie mazią wrzodów. Po kąpieli Antonii zasnął. Na przywitanie z Marianną musi jeszcze poczekać.

*

Trwa wojna polsko-bolszewicka. Niemniej ważą się nie tylko losy Polski, ale i całej Europy. Lenin wie, że jeżeli rewolucja światowa ma zapłonąć, to ogień należy podkładać właśnie w czasie poważnego kryzysu. W Niemczech rozczarowane masy zdemobilizowanych żołnierzy i wypuszczonych jeńców są wymarzoną podściółką dla wzniecenia proletariackiego pożaru. 28 marca 1920 roku Antoni jest w dyspozycji Niepodległej. Stawia się w biurze rekrutacyjnym. Ma 35 lat, doświadczenie ośmiu lat służby w wojsku. Wie, jak obchodzić się z bronią, choć nie jest weteranem wojennym. Nie dostaje jednak od Niepodległej żadnego przydziału.

Jak wyglądała wówczas sytuacja na froncie? Nie była najgorsza, ale tu i ówdzie pojawiały się czarne chmury. Przypomnieć należy, że 7 maja 1920 roku Wojsko Polskie i 6 Dywizja Ukraińska zajęły Kijów i zdobyły przyczółek na lewym brzegu Dniepru. Było to jednak apogeum polskiego oręża. Przesilenie nastąpiło w dniach 13 i 15 maja. Dnia 13 maja 1 Armia Konna (Konarmia), pod dowództwem Budionnego, przebiła się przez pozycję ukraińskiego atamana Petlury (w sojuszu z Rzecząpospolitą). Szesnastu tysiącom sołdatów towarzyszy pociągi pancerne, wozy pancerne, trzy eskadry lotnicze i artyleria. Była to całkiem niezła moc ognia. Z kolei 15 maja bolszewicy przeprowadzili poważny kontratak w sile dwóch armii: XV i XVI. Konarmia przełamała linie polskich wojsk 5 czerwca i wyszła na ich tyły. Polacy zaczęli się wycofywać. Konarmia była bardzo ruchliwa, w zasadzie szła komunikiem. Niestety wielokrotnie udawało się jej zaskoczyć cofające się oddziały polskie.

*

Krótko o kampanii wrześniowej. Antoniego, wówczas 54- latka, nie dotyczyły rozlepiane w sierpniu plakaty mobilizacyjne. Kampania to 36 dni walk. Przegrana bitwa graniczna. Militarnie nie było możliwe, aby obronić tak długie granice z rozproszonymi siłami. Niemcy zaatakowali skoncentrowanymi uderzeniami z północy, zachodu i od południa. Bitwa graniczna była uwarunkowana względami politycznymi, a nie wojskowymi. Niestety zabrakło wówczas Polsce talentów strategicznych. Najsilniejsze uderzenie niemieckie wyszło z południowego zachodu na styk pomiędzy Armią Łódź i Armią Kraków. Skutkiem tego Antoni już 3 września 1939 roku znalazł się ponownie pod okupacją niemiecką. Dla Antoniego i jego rodziny ostatnim akordem walk, który utkwił w ich pamięci, był rajd legendarnych PZL 37. Łosi na siły niemieckie dnia 4 września. Druga faza kampanii wrześniowej – gdyby nie agresja ZSRR – nie wiadomo jakby się potoczyła. Wielka Brytania, nieoczekiwanie, udzieliła Niepodległej swych gwarancji i … zachowała się jak woźnica, który wyrzuca z sań przyjaciela na pożarcie wilkom. Wilki zajęte wyrzuconym nieszczęśnikiem opóźnią atak na umykające sanie. Wcześniej taki los spotkał Czechosłowację. Czy możliwy był układ z Niemcami, który zapobiegłby wojnie? 17 września Niepodległą napada ZSRR. Dla osób, które poznały bolszewicką Rosję mogło to budzić rozpacz. Dzień po radzieckiej inwazji Witkacy popełnił samobójstwo.

II wojna światowa zastała Antoniego na prowadzeniu składu z węglem. Antoni znalazł się w Generalnym Gubernatorstwie. Kopalnie zostały włączone do III Rzeszy. Komplikacje z dostawami węgla z Górnego Śląska poważnie zachwiały jego biznesem. Antoniemu nie było po drodze z okupacyjnymi władzami. Okupacja hitlerowska nie przypominała tej wilhelmińskiej. Antoni na dłuższy czas został aresztowany przez Niemców. Pomimo niemłodego już wieku. Za co? W czasie okupacji zachowywano standardy konspiracyjne. W czasie nocy stalinowskiej nie chwalono się kontaktami z niepodległościowym podziemiem. Tyle zatem w tym temacie.

*

Taki obrazek z dnia 16 stycznia 1945 roku. Na ulicy leży ciało martwego niemieckiego żołnierza. Radziecki czołgista wychylony z włazu zbacza z kursu, manewruje, aby rozjechać je gąsienicami na miazgę. Przemarsz Armii Czerwonej… Antoniego dopadło fatum, przed czym uciekał. Po „wyzwoleniu” w ofensywie styczniowej dla Antoniego nie nastały dobre czasy, choć dzięki niemu być może uniknął śmierci z rąk Niemców. Raz, że Antoni nie miał zaufania do przybyszów ze Wschodu. Jak po cichu dowcipkowano: pierwszego radzieckiego wyzwoliciela spotkałem w samo południe. Kolejny zegarek kupiłem pięć lat później. „Wyzwoliciele” ze wschodu nie dali żyć w spokoju umęczonej okupacją niemiecką Niepodległej. W jej miejsce zainstalowali PRL. Jakkolwiek z upływem lat satelicki PRL od lodu czasów stalinowskich doznawał postępującej odwilży. Antoni już jednak tego nie doczekał. Dwa, Antoni jako „kupiec” był jednostką wrogą klasowo. Tego czego nie stracił w latach okupacji odebrała mu ostatecznie władza ludowa. Stalinowska noc nie była dobrym czasem do snucia opowieści wnuczętom o przygodach w rewolucyjnej Rosji. O Chinach bano się wówczas rozmawiać nawet na weselu.

*

Antoni i Marianna od lat już nie żyją. Nie żyją ich córki, przyjaciele i znajomi. Pokolenie Antoniego i jego czasy dla większości z nas to kilka stronic podręcznika historii do liceum. Parę ruchów palcem po ekranie wyświetlacza. Antoni i Marianna spoczywają pochowani na starym cmentarzyku, w pobliżu maleńkiego mauzoleum rosyjskich generałów carskiej armii. Kiedyś, w PRL, prawosławne mauzoleum służyło za poręczny śmietnik dla zniczy i zwiędłych kwiatów. Było no na dobrej drodze do recyklingu. Ktoś jednak szczęśliwie przeczytał u Asnyka: „ale nie depcz­cie prze­szło­ści oł­ta­rzy, choć ma­cie sami do­sko­nal­sze wznieść”. Mauzoleum zatem odrestaurowano. Na śmieci ustawiono oznakowane kontenery.

*

„Pracować musieli wszyscy zdolni do pracy bez względu na zajmowane stanowisko, tytuły i przynależność rodową. Każda próba sprzeciwu, opieszałość, lenistwo czy też ujawnione nadużycia wywoływały najsurowsze represje, chłostę, zesłanie >w sołdaty<, śmierć na szubienicy”. Mała zagadka: jakich czasów w historii Rosji dotyczy ten opis? Śmiało można rzec, że jest on uniwersalny. Pasuje i do czasów Iwana Groźnego i do czasów ZSRR. Niemniej ten cytat odnosi się akurat do początków wojny północnej doby Piotra I Wielkiego (Władysław Serczyk, „Piotr I Wielki” Ossolineum 1990, s. 100). W kontekście Rosji można użyć terminu „terror powszedni”. „W średniowieczu publiczne egzekucje, obok występów wędrujących igrców, były po prostu widowiskami ściągającymi liczne rzesze ciekawych. W Moskwie, w czasie rządów opryczniny, zdarzały się tak często, iż nie budziły już niczyjego zainteresowania” (Władysław Serczyk, „Iwan IV Groźny”, Ossolineum 2004, s. 93). Niemniej modus operandi Iwana IV Groźnego nie był jego autorskim wynalazkiem. Ruś od XIII wieku była niemal w całości podbita przez Mongołów. Tatarscy zdobywcy wymuszali posłuch na rozległych podbitych obszarach spektakularnym okrucieństwem. Pojmanych po bitwie nad rzeką Kałką książąt ruskich położono pod belami drewna, na których zwycięzcy urządzili publiczną ucztę. Złota Orda (jeden z ułusów jaki powstał w wyniku podziału imperium Mongołów) nie sprawowała w niej bezpośredniej władzy, ale przez mianowanych przez siebie namiestników. Ci uzyskiwali nominacje dzięki podarkom, na które w istocie rzeczy musiała składać się cała ludność. Bunty krwawo tłumiono. Dopiero po bitwie na Kulikowym Polu w 1380 roku Dymitr Doński rozpoczął uniezależnianie się od Złotej Ordy. Styl sprawowania władzy w państwie nie uległ zmianie.

Kiedy Piotr I Wielki chciał nad Newą założyć nową stolicę i szybko ją zurbanizować, to zakazał budowania murowanych domów poza Petersburgiem. Robotników, którzy ginęli tysiącami, z uwagi na nieludzkie warunki pracy, natychmiast zastępowano tysiącami nowych. Kilka stuleci później ZSRR, za cenę milionów istnień ludzkich, przeprowadził kolektywizację i industrializację. Jednak nie w tym celu, aby obywatelom tego państwa żyło się lepiej. Zbudowany od zera przemysł ZSRR był nastawiony przede wszystkim na produkcję wojskową. System łagrów stał się gospodarczym instrumentem państwa.

W oblężonym przez Niemców Leningradzie zginęło około miliona Rosjan. Większość z nich z głodu. Stalin zakazał bowiem ewakuacji ludności cywilnej z miasta. Skromne zasoby żywności w pierwszej kolejności przeznaczono dla walczących żołnierzy. Armia Czerwona wygrała Wielką Wojnę Ojczyźnianą, ale kosztem gargantuicznych strat ludzkich. W operacji berlińskiej radzieckie czołgi gładko przeszły przez pola minowe, bo zapory minowe zdetonowały własnymi ciałami puszczone przodem oddziały piechoty. Inwalidzi wojenni po powrocie ze zwycięskiej wojny nie doczekali się godnego traktowania. W ZSRR po wojnie kalecy kombatanci utrzymywali się z żebractwa. W pewnym momencie wszyscy nagle zginęli z krajobrazu miast i dworców kolejowych. Okrutne? W 1954 roku na poligonie Tockoje ćwiczono wariant ataku poprzedzonego bombardowaniem nuklearnym. Nad głowami nieświadomych tego żołnierzy ZSRR zdetonowano bombę atomową. Wielu z nich zginęło od razu albo umarło na chorobę popromienną. Nieludzkie?

Tymczasem Rosjanie nie wstydzą się ZSRR (1922 – 1991). Zdaniem Putina rozpad ZSRR był nie tylko największą katastrofą geopolityczną XX wieku, ale również prawdziwym dramatem dla Rosjan. Restytucja dawnej pozycji stała się dla kremlowskich władz głównym celem politycznym. Zysków z eksportu rosyjskich węglowodorów nie przeznaczono na polepszenie życia obywateli ani na inwestycje w innowacyjność własnej gospodarki. Dnia 24 lutego 2022 roku Federacja Rosyjska zaatakowała Ukrainę. Na masową skalę doszło do zabijania ukraińskich cywilów. Wielu z pomordowanych przed śmiercią było poddanych brutalnym torturom. Dochodziło do gwałtów na kobietach i dzieciach. Zastosowano model przymusowych deportacji i obozów przejściowych. Żołnierze Federacji Rosyjskiej zajęli się okradaniem ludności cywilnej. W państwie agresora nie doszło do masowych antywojennych protestów. Kierownictwo polityczne nie utraciło na popularności. Jak wynika z badań Centrum Lewady większość Rosjan akceptuje inwazję na Ukrainę. Dlaczego?

W historii Rosji nie było takich pojęć jak Wielka Karta Swobód (Magna Charta Libertatum), którą w 1215 roku ustanowił Jan Bez Ziemi. Nie wprowadzono zakazu więzienia bez wyroku sądowego (neminem captivabimus nisi iure victum) jaki ustanowił król Władysław II Jagiełło przywilejem jedlneńsko – krakowskim (1430, 1433). Społeczeństwo rosyjskie od czasów Dymitra Dońskiego, przez stulecia, kształtowane było przez dwa czynniki: przekonanie o wielkości własnego państwa i ustawiczny wewnętrzny terror. Totalitaryzm XX wieku nie spadł na Rosję z nieba. Korzeniami tkwił w tamtejszej społecznej mentalności. Nowy człowiek radziecki, homo sovieticus, był szczytowym osiągnięciem inżynierii społecznej. Nie pozostał bez wpływu na genotyp współczesnego narodu rosyjskiego. Narodu poddanego wielopokoleniowemu terrorowi. Ukształtowanemu w izolacji od czynników zewnętrznych.

Rosja zawsze była państwem autorytarnym. Nie miała epoki „złotej wolności”. Antycarskie bunty topione były we krwi. ZSRR ufundowano na jeszcze większym terrorze. Federacja Rosyjska poprzez czołgi prowadzi politykę w Czeczeni, Gruzji, Ukrainie. Instrumentem jej polityki są morderstwa polityczne opozycjonistów, niezależnych dziennikarzy, byłych agentów służb specjalnych. Wystąpienia antyrządowe są brutalnie tłumione. „Demokracja” w Rosji to krótki epizod rządów Borysa Jelcyna.

Rosja szczyt swojej potęgi osiągnęła za czasów ZSRR, budując swoje wpływy w wymiarze globalnym. Powstanie ZSRR i jego utrzymanie było możliwe w oparciu o odpowiednio stopniowany terror. Obywatele sowieccy, z racji niedostatku ustroju gospodarczego, nie dorobili się dóbr materialnych. Ich osiągnięciem życiowym była godność obywateli sowieckich. Na czym się owa godność opierała? Na strachu innych, że wjadą do nich radzieckie czołgi (casus Berlina, Węgier, Czechosłowacji, Afganistanu). Na strachu, że zostaną odpalone radzieckie głowice jądrowe. Upadek ZSRR nie mógł zabrać biednym nic materialnego. Odarł ich za to z sowieckiej godności. Demokracja Borysa Jelcyna kojarzy się Rosjanom głównie z upadkiem znaczenia ich państwa. Podobnie okres po śmierci ostatniego Rurykowicza do objęcia tronu przez Romanowów, czyli czas Dymitriady i Wielkiej Smuty był okresem bez rządów silnego cara, a jednocześnie czasem kryzysu państwa. Zatem rządy autorytarne dawały Rosji gwarancję wielkości.

Rosja to państwo olbrzymie terytorialnie, wielonarodowościowe z uwagi na efekt podbojów. Jej obywatele to także dzicy górale kaukascy. Jest zatem wiele tendencji odśrodkowych, których konsekwencją może być dalszy rozpad państwa. Utrzymanie integralności dużego terytorium o skomplikowanej architekturze społecznej wymaga silnej władzy. Zatem nie ma alternatywy dla rządów autorytarnych, jeżeli chce się utrzymać status quo. Do tego dochodzi ryzyko tzw. efektu sprężyny. Zwykle mocno dociśnięta i naraz wolno puszczona zawsze zmienia swoją geometrię.

Społeczeństwo rosyjskie – pomimo zmian ustrojowych i pomimo częstych przewrotów pałacowych (cyrkulacji elit) - ciągle zorganizowane jest według jednego schematu: car – bojarzy – lud. W zależności od epoki mogła zmienić się semantyka: pierwszy sekretarz – elity partyjne – lud, prezydent – oligarchowie – lud. Istnienie bardzo dużego kontrastu pomiędzy dolnym a górnym szczeblem struktury społecznej sprzyja utrzymywaniu się władzy autorytarnej.

Społeczeństwo poddawane ciągłej kontroli i inwigilacji ze strony władzy, która tłumi wszelkie przejawy oddolnej aktywności, staje się mentalnie społeczeństwem pasywnym. Społeczeństwo pasywne nie potrafi zabiegać o demokrację. Łatwo przejąć nad nim władzę.

Społeczeństwo, które od pokoleń trzymane jest w ryzach w drodze brutalnego terroru (oczywiście na różnych stopniach skali) skłonne jest do szerokiej akceptacji w stosowaniu metody terroru wobec innych. Jeżeli społeczeństwo jest zarządzane wewnętrznie strachem, wówczas akceptuje stosowanie tej samej metody w relacjach z innymi. Bez gruntownych wewnętrznych zmian społecznych terytorialnie olbrzymia Rosja zawsze będzie zagrożeniem. Car zastąpi tam cara.

 

[1] Skrót reportażu historycznego wydanego przez GlobeEdit 2022: ODYSEJA 1918 / 978-3-330-80648-1 / 9783330806481 / 3330806486 (globeedit.com). Jego pełna treść dostępna jest też w formie bezpłatnego e-booka na stronie: odyseja1918.pl i na blogu https://odyseja1918pl.blogspot.com (na blogu można umieszczać komentarze). Na YouTube znajduje się filmik promujący jego treść: https://youtu.be/5RnZqMeUbO0